Czym jest Voodoo?

Napisane przez Amon w Marzec - 29 - 2016

images

Voodoo kojarzy się nam głównie z rzuceniem uroków i żywymi trupami – zombi. Czy faktycznie trzeba się bać haitańskich kapłanów i ich czarnej magii?

Dnia 2 września 1989 roku 17 letni mieszkaniec małej wioski na Haiti, Wilfred Doricent, wrócił po długiej nieobecności na łono rodziny. Wprawdzie wielu nastolatków przeżywa okres buntu, który owocuje ucieczką z domu, jednak w jego przypadku nie był to klasyczny powrót syna marnotrawnego. Wilfred bowiem był przez półtora roku martwy. Został pochowany na oczach rodziców, dysponowali oni też świadectwem zgonu. Chłopiec był dobrym uczniem, cała rodzina go uwielbiała. Niestety w marcu 1988 roku, nagle rozchorował się i zmarł. Jego martwe ciało okropnie się wzdęło i wydzielało tak odrażający odór, że ojciec zmuszony był pochować syna w największym pośpiechu. Jednak Wilfred w rzeczywistości nie był martwy. Został jedynie zamieniony w zombi – „żywego trupa”. Na zlecenie ludzi, którzy nienawidzili ojca chłopaka ( uważali bowiem, że zagarnął bezprawnie ich ziemię ), bokor – kapłan voodoo, praktykujący czarną magię – zaaplikował mu trujący magiczny proszek tzw. Coup poudre. Wskutek zaklęć i trucizny, chłopiec zapadł w śpiączkę, a wkrótce potem został uznany za zmarłego.

Niewolnik

Pod osłoną nocy, tuż po pogrzebie, jacyś osobnicy potajemnie otworzyli grób Wilfreda i wykradli ciało. Byli to ludzie czarownika. Bokor podał chłopcu narkotyk sporządzony z miejscowej rośliny halucynogennej – tzw. „ogórka zombie”, który częściowo przywrócił mu świadomość. Następnie półprzytomnego chłopca przetransportowano na położoną w odludnej, górzystej okolicy farmę; tam przez 18 miesięcy pracował jak niewolnik. Dopiero po upływie roku chłopiec w niewiadomy sposób odnalazł drogę powrotną do domu i wprawił w zdumienie rodziców, którzy długo nie mogli uwierzyć w swoje szczęście. Dopiero po jakimś czasie Wilfred przyznał się koledze, że w trakcie przygotowań do pochówku i samego pogrzebu był w pełni świadom tego, co się dzieje, jednak nie był w stanie nic powiedzieć, ani nawet mrugnąć okiem. Słyszał, jak przybijano wieko trumny; słyszał też płacz swoich krewnych, kiedy trumnę spuszczano do typowego haitańskiego grobu – betonowego grobowca wymurowanego na powierzchni ziemi. Po powrocie Wilfred nie był tym samym chłopcem co kiedyś. Markotny i otępiały, stronił od ludzi bez wyraźnej przyczyny. Lekarze uznali, że jego zdrowie bardzo ucierpiało na skutek niedotlenienia mózgu, podczas gdy był „pogrzebany żywcem”. Historia Wilfreda brzmi jak scenariusz horroru, jednak na Haiti znane są setki przypadków zamienienia ludzi w zombi. Powstaje pytanie: dzięki jakim siłom kapłani voodoo potrafią sprawić, że człowiek choruje i „umiera”, po czym wraca do świata żywych pod postacią zombi? Voodoo to kult opierający się na wierze w Loa, czyli bóstwa czterech żywiołów – ognia, wody, powietrza i ziemi. Niepoślednią rolę odgrywa też przekonanie, że na życie ludzi wielki wpływ mogą wywierać ich zmarli przodkowie. Zarówno cztery żywioły, jak i dusze zmarłych są manifestacjami jednego Boga – Le Gran Maitre – który jest pośrednikiem i sędzią w sprawach ludzkich.

Okrutne duchy

Tym , co wyróżnia voodoo spośród wielu innych karaibskich wierzeń, jest fakt, iż kult ten zdaje się być najmocniej powiązany z ciemną strona natury ludzkiej. Bardzo wyraźnie jest to widoczne w kulcie jednego z Loa – bóstwa Petro. Jest to zły, groźny i mściwy duch, obdarzony potężną mocą. Pomaga tylko tym, którzy obiecają mu, że po spełnieniu prośby będą mu wiernie służyć. Ludzi, którzy nie dotrzymują obietnicy spotyka zwykle okrutna zemsta. Loa Petro wzywa się wtedy, gdy chce się za pomocą czarnej magii sprowadzić na kogoś nieszczęście. W zamian trzeba zazwyczaj złożyć ofiarę z jakiegoś zwierzęcia, świni, kozy, byka, a czasem nawet ludzkiego ciała. Wygrzebanego z grobu. Bywa jednak i tak, że w ofierze składa się żywych ludzi. Całkiem niedawno, bo we wrześniu 1994 roku, na krótko przed inwazją USA na Haiti, w kwaterze głównej rządzącej junty wojskowej odbywały się trzydniowe obrzędy voodoo, podczas których sprawujący władzę nad krajem prosili złe duchy aby zapobiegły inwazji Amerykanów. Podobno w trakcie ceremonii złożono w ofierze trzynastu ludzi, w tym młodą ciężarną kobietę. Być może to tylko zbieg okoliczności, ale w październiku 1994 roku trzech amerykańskich żołnierzy popełniło tajemnicze, niczym nie uzasadnione samobójstwa. Jeden z nich Geraldo Luciano, strzelił sobie w głowę podczas gry w karty, i to wtedy, gdy zaczął wygrywać.

Tajne stowarzyszenia

W kraju, w którym kapłani pełnią jednocześnie funkcję lokalnego wymiaru sprawiedliwości, i w którym mordy polityczne i niesprawiedliwe wyroki sądów są na porządku dziennym, trudno jest z całą pewnością wykluczyć możliwość składania ofiar z ludzi. Nie ma natomiast wątpliwości, że w wielu sektach wywodzących się z głównego pnia voodoo praktykuję się czarną magię. Sekty te działają w ścisłej tajemnicy, a wyznawcy głównego nurtu voodoo zdecydowanie się od nich odżegnują. Najgorszą sławą cieszą się sekty Bizango i Cochon Gris. Posądza się je o składanie ofiar z ludzi, wzywanie duchów zmarłych do pomocy w walce z żyjącymi ludzi w zombi. Najwięcej wyznawców voodoo znaleźć można w głebi wyspy. Jak twierdzi Pere Clude, ksiądz z rodzinnej wioski Wilfreda Doricenta, 90 procent Haitańczyków to katolicy, 10 procent, to protestanci, a 100 procent wyznawcy voodoo i niemal każdy mieszkaniec Haiti boi się zombi. Jednak Haitańczycy nie tyle boją się widoku zombi, co tego, żeby to ich ktoś nie zamienił w „żywego trupa”.

95fe0f93f98732e553b1d0c50456c340

Żywe trupy

Po sprokurowanym przez bokora „zmartwychwstaniu” – musi to nastąpić najwyżej po kilku dniach od pogrzebu, gdyż później istnieje niebezpieczeństwo trwałych zmian w mózgu na skutek niedotlenienia – zmysły zombi są przytępione, następuje też degradacja osobowości i zaniki pamięci. Tak okaleczonym człowiekiem łatwo jest manipulować, często też zombi pracują w charakterze niewolników na plantacjach czy budowach ukrytych wśród gór. Zdarza się, że wskutek niedotlenienia mózg zombi ulega poważnym uszkodzeniom. Tych nieszczęśników, którzy nie są do niczego przydatni, zostawia się po prostu w lesie. Niektórym zombi udaję się jednak uciec. Podobno zaklęcie można zdjąć, jeśli bokor, który rzucił czar, umrze, lub jeśli nakarmi się zombi solą. Powrót tych, którym udało się uciec do dawnego, normalnego życia, jest wyjątkowo trudny. Losy Wilfreda są tu dość wyjątkowe. Większość bowiem powracających z „zaświatów” napotyka na mur niechęci ze strony mieszkańców rodzinnej wioski, a nawet własnej rodziny. Ludzie boją się zombi, ponieważ, jak wierzą, posiadają oni niezwykłą moc, a więc mogą wyrządzić wiele krzywd, zwłaszcza tym, którzy w ich mniemaniu zasłużyli sobie na zemstę. W rezultacie zombi spychani są poza główny nurt życia społeczności i skazani na dziwaczny żywot ni to ludzi, ni to upiorów. Z tego powodu wiele rodzin decyduje się upewnić, czy ich zmarły istotnie już nie żyje. Dlatego często przed pogrzebem ucina się zwłokom głowy albo wbija w serce kołek, tak aby nikt nie mógł już zamienić krewniaka w zombi. Czasami do trupa strzela się z broni palnej.

Trucizny

Powszechny strach, jaki budzi perspektywa zamiany w zombi, sprawia, że kapłani voodoo mają nad ludźmi wielką władzę. Pytanie jednak, czy rzeczywiście dysponują oni tak potężną mocą, czy też posługują się bardziej przyziemnymi metodami? Według amerykańskiego antropologa i etnobotanika, doktora Wade’a Daviesa, który dokładnie zbadał fenomen zombi, przynajmniej częściowo stan ten wywoływany jest przez trujące substancje, które bokor aplikuje swoim ofiarom. W skład trucizny wchodzą ludzkie szczątki, trujące rośliny, śmiercionośny jad miejscowych ropuch oraz trujące substancje pozyskiwane z tropikalnych ryb. Trucizna ta jest tak toksyczna, że nawet minimalne ilości, które mogą przedostać się do organizmu przez skórę, wywołują zamierzony efekt. Zdaniem Daviesa, niektórzy spośród bokorów osiągnęli taką biegłość w posługiwaniu się truciznami, że potrafią precyzyjnie ustalić dawkę wystarczającą do spowolnienia metabolizmu do punktu, w którym wszyscy uznają zatrutą osobę za zmarłą. Odrobinę więcej trucizny – a już nigdy nie udałoby się ożywić takiego ciała. Po pogrzebie bokor włamuje się do grobu i podaje silne antidotum – „ogórek zombi”. Być może to rzeczywiście trucizny stanowią podstawową „broń” kapłanów voodoo. Jednak nie tłumaczą one przypadków, w których ktoś ucierpiał po rzuceniu klątwy. Niepoślednią rolę wyraźnie odgrywają tu tajemne rytuały. Przykładem wpływu klątwy może być historia Briana Lara, słynnego na całych Karaibach mistrza krykieta. Na początku 1995 roku, teren wokół jego posiadłości został wręcz zasłany tajemniczymi proszkami, czarnymi świecami, głowami i wnętrznościami kur. O przygotowanie tego wszystkiego posądza się miejscowego czarownika, posługującego się zaczerpniętą z voodoo czarną magią. Lara, niezwykle utalentowany sportowiec, sezon 1994 zakończył szeregiem sukcesów. Jednak rok 1995 był pasmem spektakularnych porażek. Czy takie fatalne wyniki były jedynie rezultatem słabszej formy sportowca, czy wpływu zaklęć voodoo? Dziś już nikt nie wątpi, że ciało i umysł powiązane są ze sobą szeregiem nie do końca jeszcze poznanych zależności. W swojej książce „Passage of Darkness” ( Ścieżka ciemności, 1988 ) dr Davies pisze, że „nawet najbardziej sceptycznie nastawieni lekarze uznają, że na nasze zdrowie fizyczne wielki wpływ ma to, co dzieje się w naszym umyśle”. Według Daviesa, voodoo może wywierać wielki wpływ na Haitańczyków, gdyż jest ono tak głęboko zakorzenione w ich kulturze, że siły do których ten kult się odwołuje, wydają się im zupełnie realne. „Im mocniej ktoś wierzy, że coś może się stać, tym większe jest prawdopodobieństwo, że tak właśnie będzie.” Jak jednak wytłumaczyć przypadki ludzi z innych kręgów kulturowych, którzy również ucierpieli na skutek czarów voodoo? Wyznawcy voodoo są święcie przekonani, że moce, w które wierzą wywierają wpływ na wszystkich ludzi, niezależnie od tego, czy ktoś podziela ich wiarę, czy nie. J. Gatty Downling, prawnik z Południowej Karoliny, znalazł w swoim domu korzeń – symbol rzuconego na niego zaklęcia voodoo. Wkrótce spadła na niego cała fala nieszczęść. On sam zachorował na ostre zapalnie wyrostka robaczkowego, jego żona zaraziła się ospą wietrzną, a najmłodsze dziecko zapadło na odrę. W tym samym czasie u jego najstarszego syna rozwinęło się poważne zapalenie płuc. Przypadkowy zbieg okoliczności? Być może, ale nigdy nie dowiemy się tego na pewno. Voodoo nadal pozostaje dla nas nie rozwiązaną zagadką.

Obrzędy voodoo

Chociaż wiemy coraz więcej o obrzędach voodoo, wciąż wiele rytuałów skrywa tajemnice. Najbardziej znane są obrzędy odprawione przez kapłanów „prawą ręką”, czyli takie, które przywołują duchy łagodne i pokojowo nastawione. Istnieją jednak również ceremonie bardziej mroczne, odprawiane „lewą ręką”, kiedy wzywa się duchy złośliwe i okrutne, które mają wyrządzić zło nie spodziewającym się niczego ofiarom.

Wszystkie ceremonie voodoo zaczynają się od narysowania symbolu konkretnego Loa, czyli ducha, którego kapłan chce przywołać. Każdy duch ma swój własny symbol, tzw. Veve, którego elementy mają określone znaczenie. W różnych miejscach narysowanego symbolu stawia się świece, żywność, alkohol i inne podarunki, które mają zachęcić Loa do przybycia i wcielenia się w wyznaczonego człowieka.

Kiedy już Loa jest obecny, pomocnicy kapłana zaczynają wydobywać z bębnów mocny. Hipnotyczny rytm. Z czasem rytm staje się coraz gwałtowniejszy i szybszy, a grupa wyznawców wykonuje coraz bardziej spazmatyczny taniec, wpadając stopniowo w stan transu. Kiedy w końcu bębnienie nagle ustaje, jeden z tańczących krzycząc wyłamuje się z grupy i targany jakby paroksyzmami bólu, staje się hounsis – „nawiedzony”.

W zależności od tego, którego Loa chce się przywołać, trzeba złożyć ofiarę ze zwierząt lub ludzi. Stosunkowo najłatwiej jest przywołać łagodne duchy, tzw. Rada Loa – wymagają one jedynie ofiary z kwiatów i mleka. Znacznie bardziej wymagający jest okrutny i potężny Loa Petro. Aby go przywołać, nie wystarczy już tylko mleko – on domaga się krwi. Czasem wystarczy krew kurczaka, ale zdarza się, że żąda on krowy albo świni. W skrajnych zaś przypadkach, żeby zyskać przychylność, trzeba poświęcić człowieka. W takim przypadku hounsis musi wypić odrobinę krwi ofiary, aby duch raczył w niego wstąpić.

Aby zdobyć przychylność duchów, wielu ludzi odbywa długie pielgrzymki do świętych miejsc voodoo. Na przykład jedno z wcieleń Loa Petro, Ogoun Ferail, według wierzeń wyznawców voodoo, zamieszkuje bagniste bajoro w pobliżu małej wioski na północy Haiti. Pielgrzymi wypijają wielkie ilości rumu, oblewają się krwią zwierząt i tarzają w błocie, w nadziei, że dzięki temu zyskają przychylność Ogouna, który od tej pory będzie chronił ich przed złem.

W wielu haitańskich domach przez cały rok stawia się ołtarzyki poświęcone różnym duchom. Na przykład ołtarz ku czci Borona Samdi – Loa śmierci, musi znajdować się ludzka czaszka, butelka rumu, krzyż i kapelusz. Ludzie modlą się do niego o pomoc w rozwiązywaniu codziennych problemów.

ANALIZA – fakty o zombi

Zombi nie są wcale postaciami fikcyjnymi – za pomocą odpowiedniej dawki trucizny faktycznie można zamienić człowieka w „żyjącego trupa”. Jedną z substancji, używanych przez bokorów do produkcji trującego proszku, jest pozyskiwana z niektórych gatunków ryb tropikalnych – tetrodotoksyna, 500 razy silniejsza od cyjanku. Już niewielka jej ilość powoduje paraliż całego ciała. Człowiek zatruty tą substancją wygląda jakby umarł, choć jego zmysły i mózg funkcjonują normalnie. Po około 10 – 12 godzinach paraliż ustępuje, a ofierze podaje się miksturę sporządzoną m. in. z bieluni dziędzierzawej i silnego środka halucynogennego, zawierającego atropinę, która niweluje skutki działania tetrodotoksyny. Pod wpływem strachu, otepienia wywołanego narkotykiem, a często również na skutek niedotlenienia mózgu. Ofiara trucicieli staje się jednym z „żywych trupów” – zombi.

Źródło: Faktor X

Zostaw komentarz


*

code


  • Facebook

Szukaj temat