Fałszywa flaga w Syrii elementem szerszej strategii wojennej USA

Napisane przez Amon w Kwiecień - 17 - 2018

USA zagroziły wojną już kilka godzin po rzekomym ataku bronią chemiczną w Dumie, na północny wschód od Damaszku.

Pęd Stanów Zjednoczonych do eskalacji konfliktu, a tym samym próba ominięcia wszelkiego sensownego śledztwa w sprawie owego ataku, wpisuje się w ogólny sposób działania Waszyngtonu i jego sojuszników – wykorzystujących bezpodstawne zarzuty o użycie broni chemicznej do wszczynania agresywnych wojen – sięgający wstecz do inwazji na Irak w 2003 roku.

Amerykańskie oskarżenia i grożenie wojną przychodzą w przełomowym momencie siedmioletniego już konfliktu w Syrii, kiedy syryjski rząd wyzwolił w końcu cały obszar wokół stolicy od sponsorowanych z zagranicy bojowników.

Zero dowodów

Jak do tej pory wszystkie rzekome dowody pochodzą od finansowanych przez Zachód bojowników i ich jednostek pomocniczych, w tym frontu finansowanego przez rząd USA, tzw. „Syria Civil Defense”, lepiej znanego jako „Białe Hełmy” (White Helmets). Niezweryfikowane zdjęcia i nagrania wideo, przedstawiające rzekome ofiary, były jedynymi źródłami przytaczanymi przez USA.

Jak donosi portal Daily Beast, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), usiłując wzmocnić te oskarżenia, w stwierdziła ostatnio, że zatruciu chemicznemu mogło ulec nawet 500 pacjentów, ale powołała się jedynie na swoich „partnerów po fachu”.

Jednak według strony internetowej samego WHO ci partnerzy to m.in. organizacja Lekarze bez Granic (MSF), która z kolei, znów według jej własnej strony, szkoli i wspiera Białe Hełmy. MSF wielokrotnie w trakcie konfliktu syryjskiego przyznało, że nie przebywa na obszarach objętych konfliktem, a jedynie zapewnia wsparcie materialne grupom, które tam działają.

Białe Hełmy były w przeszłości wielokrotnie przyłapane na fabrykowaniu dowodów i inscenizowaniu interwencji na użytek propagandy. Wszystko wskazuje na to, że produkcja propagandy jest wyłącznym celem Białych Hełmów.

Punktem kulminacyjnym był rok 2016, kiedy to organizacja niechcący ujawniła swoje techniki teatralne podczas protestu, jaki miał miejsce w wielu europejskich miastach. Jej członkowie malowali sobie ciało czerwoną farbą i obsypywali się mąką, po czym pozowali jako ofiary na użytek europejskich mediów i lokalnych gapiów. Sceny te były nie do odróżnienia od codziennych klipów, zamieszczanych w sieci przez Białe Hełmy, jakoby pełniące służbę ratowniczą na opanowanych przez bojowników obszarach Syrii.

Na ich nagraniach wideo nie pojawiają się ujęcia prawdziwych obrażeń – nie widać otwartych ran, zmiażdżonych bądź odciętych kończyn, poparzeń itp. Brakuje w nich również jakiegokolwiek kontekstu i często są poważnie edytowane.

Ubiegły rok – podobne kłamstwa

Poprzednie zarzuty o użycie broni chemicznej w Chan Szajchun, postawione przez USA w 2017 roku przed przeprowadzeniem ataków rakietowych na syryjską bazę lotniczą Al-Szajrat, też były bezpodstawne.

W raporcie Wspólnego Mechanizmu Śledczego Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej oraz ONZ (OPCW-UN JIM) dotyczącym rzekomego ataku otwarcie przyznano, że żaden ze śledczych nawet nie pojawił się na miejscu ataku.

ONZ w artykule prasowym na temat raportu stwierdziło nawet (podkreślenie dodane):

Panel uznał, że chociaż udanie się na miejsce do Umm Hausz i Chan Szajchum było zbyt niebezpieczne, [i bez tego] zebrał dość informacji do wyciągnięcia solidnych wniosków.

W ten sposób na dowody złożyły się wywiady z domniemanymi świadkami i dowody rzeczowe, przekazane śledczym od potencjalnych podejrzanych – jako że sam raport dopuszczał możliwość, że incydent został zainscenizowany tak, żeby wskazywać na rząd Syrii jako winnego. W raporcie wspomniano również o braku kontroli pochodzenia otrzymanych dowodów, co zmniejsza ich wartość dowodową.

Normalizacja agresji militarnej w oparciu o zarzuty ataków chemicznych, przy nieprzeprowadzeniu dochodzenia na miejscu zdarzenia, stwarza idealne warunki do aranżowania incydentów i parcia do wojny.

Parcie USA do wojny, bez poczekania nawet na tak niekompletne i wątpliwej jakości śledztwo, jak to prowadzone w 2017 r. przez OPCW-UN JIM, wskazuje, że Stany Zjednoczone nie są zainteresowane prawdą, a może wręcz próbują utrudnić dojście do niej.

Zero motywacji

Syria i Rosja prowadzą operacje zapewnienia bezpieczeństwa wokół Damaszku ze szczególną uwagą, w pełni uznając poziom międzynarodowej kontroli konfliktu syryjskiego, w tym postępowania syryjskiego rządu i jego sojuszników.

Żeby umożliwić ludności cywilnej ucieczkę z obszarów objętych walką, otwarto korytarze humanitarne. Pokonanym bojownikom pozwolono nawet wsiąść do autobusów i uciec na północ, pod syryjsko-turecką granicę.

Nie tylko broń chemiczna, wymieniana przez USA, jest stosunkowo nieskuteczna w porównaniu z bronią konwencjonalną, jaką dysponuje Syria i jej sojusznicy, ale i użycie broni chemicznej w operacjach wojskowych przeciwko prawie pokonanemu wrogowi – zważywszy na polityczne koszty takiego posunięcia – byłoby zupełnie niewytłumaczalne.

Rząd USA i zachodnie media uciekają się do przypisania syryjskiemu rządowi zasadniczo karykaturalnie niegodziwych motywacji, starając się wyjaśnić dlaczego – o krok od zwycięstwa – syryjski rząd zaryzykowałby podsunięcie USA usprawiedliwienia dla wojskowej interwencji przeciwko samemu Damaszkowi, do której Stany Zjednoczone od dawna się rwą.

USA już teraz działają nielegalnie na terytorium Syrii i w jej okolicach. Obejmuje to okupację terytorium Syrii przez wojska amerykańskie na wschód od Eufratu. USA już przeprowadziły liczne ataki powietrzne na obiekty rządowe w Syrii. Oprócz nalotu na bazę Szajrat w 2017 r. amerykańskie siły powietrzne wielokrotnie atakowały z powietrza syryjskie oddziały wojskowe, operujące w pobliżu amerykańskich pozycji.

Wielki finał

Zrozumienie, dlaczego rząd Syrii miałby przeprowadzić atak z użyciem broni chemicznej właśnie w tym momencie, dodatkowo utrudnia fakt, że prezydent USA Donald Trump wyraził ostatnio zainteresowanie wycofaniem z Syrii amerykańskich żołnierzy.

Podczas gdy niektórzy interpretowali jego wypowiedź jako szczerą i sugerowali możliwość, że najprawdopodobniej zainscenizowany atak chemiczny w Dumie w Syrii miał na celu dalsze wciągnięcie USA, bardziej prawdopodobne wydaje się, że prezydent Trump po prostu skłamał, żeby z góry zapewnić USA przekonującą wymówkę przed przeprowadzeniem umyślonego incydentu użycia broni chemicznej, zaplanowanego przez same Stany Zjednoczone.

Ramy dla takiego właśnie schematu zakreślone są w amerykańskich dokumentach strategicznych.

W dokumencie strategicznym Brookings Institution z 2009 roku, zatytułowanym „Which Path to Persia? Options for a New American Strategy Toward Iran” (PDF) (Którędy do Persji? Warianty Nowej Amerykańskiej Strategii w stosunku do Iranu), wszystko – od wspierania terrorystów w wojnie zastępczej po zainscenizowane prowokacje i wojnę na pełną skalę – zaplanowano w najdrobniejszych szczegółach.

Wśród taktyk proponowanych przez amerykańskie think-tanki polityczne znalazł się opis oszustwa podobnego do tego, które prawdopodobnie rozgrywa się Syrii.

W dokumencie stwierdza się (podkreślenie dodane):

… każda operacja wojskowa przeciwko Iranowi będzie prawdopodobnie bardzo niepopularna na całym świecie i będzie wymagała odpowiedniego kontekstu międzynarodowego – zarówno w celu zapewnienia wsparcia logistycznego, jakiego wymaga taka operacja, jak i zminimalizowania jej negatywnych konsekwencji dla nas. Najlepszym sposobem na zminimalizowanie międzynarodowej dezaprobaty i zmaksymalizowanie wsparcia (jakiegokolwiek, choćby niechętnego czy skrytego) jest uderzenie dopiero wtedy, kiedy zaistnieje powszechne przekonanie, że Irańczycy otrzymali, ale odrzucili, wspaniałą ofertę – tak dobrą, że odrzucić ją mógłby tylko reżim zdecydowany pozyskać broń jądrową i to pozyskać ją z niewłaściwych pobudek. W tych okolicznościach Stany Zjednoczone (lub Izrael) mogłyby przedstawiać swoje operacje jako podjęte z przykrością, a nie w złości, i przynajmniej niektórzy członkowie społeczności międzynarodowej doszliby do wniosku, że Irańczycy „sami to na siebie sprowadzili”, odmawiając bardzo dobrego układu.

Dla Syrii taką „ofertą” było wycofanie się USA, a Damaszek i jego sąsiadów „obdarowano” odpowiedzialnością za humanitarne zakończenie konfliktu i ustabilizowanie sytuacji w regionie. „Odrzuceniem”, zapraszającym USA do interwencji, jest zainscenizowany atak chemiczny w Dumie, na który obecnie powołują się Stany Zjednoczone.

Jeśli chodzi o zaaranżowane prowokacje, dokument Brookings i o nich wspomina, twierdząc (podkreślenie dodane):

 … byłoby znacznie korzystniejsze, gdyby Stany Zjednoczone mogły powołać się na jakąś irańską prowokację jako uzasadnienie nalotów powietrznych przed ich przeprowadzeniem. Oczywiście im bardziej oburzające, tym bardziej zabójcze, i im bardziej niesprowokowane działania irańskie, tym lepiej dla Stanów Zjednoczonych.Oczywiście Stanom Zjednoczonym trudno by było podpuścić Iran do takiej prowokacji, gdyby reszta świata poznała się na tej grze, co z kolei by ją podważyło. (Jedną z metod, która miałaby jakąś szansę powodzenia, byłoby zintensyfikowanie działań w kierunku skrytej zmiany reżimu w nadziei, że Teheran jawnie podejmie odwet, a nawet na wpół jawnie, co może następnie zostać przedstawione jako niesprowokowany akt irańskiej agresji).

Nic nie może być bardziej „oburzające” ani „zabójcze” niż użycie broni chemicznej wobec ludności cywilnej.

Metoda „na Izrael”

Bezpośrednio po rzekomym ataku chemicznym w Dumie Izrael wystrzelił rakiety w kierunku Syrii, trafiając wojskową bazę lotniczą Al-Tijas (T4).

I do takiej taktyki znalazło się odniesienie we wspomnianym dokumencie strategicznym Brookings Institution, gdzie przestawiono, w jaki sposób wpisze się ona w szerszą strategię wciągnięcia danego kraju w bezpośrednią wojnę z samymi Stanami Zjednoczonymi.

W dokumencie stwierdza się, że (podkreślenie dodano):

… najistotniejszą przewagą tej opcji nad amerykańską kampanią lotniczą jest możliwość, że tylko Izrael zostanie oskarżony o atak. Jeżeli faktycznie tak się stanie, być może Stany Zjednoczone nie będą musiały mieć do czynienia z irańskimi działaniami odwetowymi ani z reakcjami dyplomatycznymi, jakie towarzyszyłyby amerykańskiej operacji wojskowej przeciwko Iranowi. Mogłoby to pozwolić Waszyngtonowi osiągnąć dwa, zdawałoby się nie do pogodzenia, cele: opóźnienie nabycia broni nuklearnej przez Iran i uniknięcie podważenia wielu innych regionalnych inicjatyw dyplomatycznych USA.

W raporcie czytamy również (podkreślenie dodane):

Przypuszczalnie przekonanie Izraela do przeprowadzenia ataku byłoby łatwiejsze niż wygenerowanie poparcia politycznego w kraju dla kolejnej wojny na Bliskim Wschodzie (nie wspominając już o dyplomatycznym wsparciu ze strony regionu, który jest wyjątkowo nieufny, jeśli chodzi o nowe amerykańskie przygody militarne).

I tamże (podkreślenie dodane):

Jednakże, jak zauważono w poprzednim rozdziale, naloty same w sobie są zaledwie początkiem tej polityki. Irańczycy bez wątpienia odbudowaliby swoje obiekty jądrowe. Prawdopodobnie podjęliby działania odwetowe przeciwko Izraelowi, a możliwe że także przeciwko USA (co mogłoby stworzyć pretekst do amerykańskich nalotów, a nawet do inwazji).

Ewidentnie te opcje, ustanowione w 2009 r. w odniesieniu do Iranu, były wielokrotnie stosowane przeciwko Syrii. Jak widać po tej ostatniej i bezprecedensowej sekwencji, te chwyty są ponownie w użyciu, jeden po drugim, zmierzając ostatecznie do zmiany reżimu pod przywództwem USA.

Motywacja Ameryki

Po II wojnie światowej Stany Zjednoczone ustanowiły jednobiegunowy porządek międzynarodowy, który służy interesom amerykańskich korporacji i instytucji finansowych oraz sojuszników Waszyngtonu. Aby zachować swój prymat, USA prowadzą politykę okrążania i powstrzymywania potencjalnych konkurentów – w szczególności Rosji i Chin. Dokonują tego poprzez wywieranie presji gospodarczej, skrytą zmianę reżimu, jawną inwazję wojskową i okupację, a zazwyczaj przez połączenie wszystkich trzech manewrów.

Przeorganizowanie Europy Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, Azji Środkowej i Południowo-Wschodniej w ciągu ostatnich dwudziestu lat miało zapewnić Ameryce jednolity front państw klienckich i umożliwić przeciwstawienie się ponownie wyłaniającej się Rosji i wschodzącym Chinom, a w końcu także nagiąć oba te państwa do swojego międzynarodowego porządku.

Jednak wysiłki te w większości się nie powiodły. Technologia wyeliminowała luki w ekonomicznej i militarnej sile, wykorzystywane dotąd przez Stany Zjednoczone i Europę do osiągnięcia długotrwałej globalnej hegemonii na całym Wschodzie i Południu.

Stany Zjednoczone ugrzęzły w przedłużającym się konflikcie – który jak dotąd nie tylko nie doprowadził do obalenia rządu syryjskiego, ale i nie sprawdza się w realizacji drugorzędnych celów, takich jak bałkanizacja kraju.

O ile amerykańskie wycofanie się z Syrii na własnych warunkach nie będzie oznaczać końca amerykańskiej hegemonii na Bliskim Wschodzie, to jej tam pozostanie i kolejne niepowodzenia tylko przyspieszą powstanie wielobiegunowego porządku światowego – i to takiego, w którym USA okażą się bezsilnym pariasem.

Opcje Stanów Zjednoczonych

Stany Zjednoczone – którym wyraźnie nie udało się sprzedać swojej sprawy światowej opinii publicznej – mogą przeprowadzić ograniczony atak, tak jak to miało miejsce w 2017 roku. Będzie to miało niewielki wpływ na trajektorię amerykańskiej polityki zagranicznej i ostateczną porażkę USA w Syrii.Operacja – która może zabije jakiś Syryjczyków, a może nawet Rosjan i Irańczyków – doraźnie da USA szansę zachowania twarzy w obliczu ich najnowszej i coraz bardziej lekkomyślnej fanfaronady.

Syria i jej sojusznicy zapewne przetrwają ataki – jeśli będą ograniczone – jak przetrwali poprzednio, starając się  uniknąć szerszej konfrontacji, tak pożądanej przez USA, i doczekać się końca tej nieudanej wojny zastępczej Waszyngtonu.

Jednak amerykańscy decydenci polityczni mogą być przekonani, że Stany Zjednoczone wciąż mają szansę ponownie umocnić się na pozycji globalnego hegemona. USA mogą oceniać, że ich pragnienie przeprowadzenia bezpośredniej interwencji wojskowej w Syrii i doprowadzenia wreszcie do zmiany reżimu jest silniejsze niż gotowość Rosji i Iranu do zaryzykowania bezpośredniej wojny ze Stanami Zjednoczonymi, żeby je od tego powstrzymać.

USA mogą też być na tyle lekkomyślne, aby liczyć, że ograniczona bezpośrednia konfrontacja z rosyjskimi siłami w Syrii pozwoli Waszyngtonowi umocnić się w znacznie bardziej dramatyczny sposób – zważywszy, że Rosja nie chce rozszerzenia konfliktu poza region. USA mogą nawet być gotowe poświęcić swoje okręty wojenne, samoloty i bazy naziemne podczas konfliktu, aby osiągnąć ten cel, będąc przekonanymi, że Rosja ograniczy działania odwetowe do najbliższego teatru konfliktu.

Miejmy jednak nadzieję, że ewentualność, że te niezwykle ryzykowne opcje wymkną się spod kontroli i szybko zaangażują Arabię Saudyjską, Turcję, Izrael, Liban, Irak i dalsze kraje, sprawi, że takie opinie będą niemal niewyobrażalne – nawet dla coraz bardziej zdesperowanych amerykańskich decydentów politycznych.

Syria i jej sojusznicy starali się podsunąć USA liczne zgrabne wyjścia z tej nieudanej wojny zastępczej. Jednak to nie potrzeba ratowania twarzy napędza teraz uporczywą obecność Stanów Zjednoczonych w Syrii – to fakt, że wycofanie się teraz z Syrii będzie oznaczało dla świata przyspieszony, nieodwracalny upadek amerykańskiego imperium.

Tony Cartalucci jest pisarzem, zgłębia zagadnienia z zakresu geopolityki, mieszka w Bangkoku (Tajlandia) i pisze dla internetowego magazynu New Eastern Outlook”.

Tłumaczenie: PRACowniA

Źródło: www.pracownia4.wordpress.com

8 Udostępnień

Zostaw komentarz


*

code


  • Facebook

Szukaj temat