Mimo że dopiero obijamy się (!) o powierzchnię Marsa, to ludzie już od dawna przyglądają się Czerwonej Planecie. Tak jakby podświadomie wiedzieli, że musi tam kryć się coś więcej. Tylko co?

Już na początku XX wieku ludzie zaczęli zastanawiać się nad tym, jak mogliby wyglądać Marsjanie i jak można by potencjalnie się z nimi skontaktować. Pojawiły się różne spekulacje, w których czynny udział brali naukowcy, jedni studząc co bardziej karkołomne rewelacje, inni wręcz przeciwnie, podsycając je i dorzucając własne teorie. Marsjańskie szaleństwo rozgorzało na dobre w połowie stulecia. Od tego momentu właściwie nie było już dnia, w którym co najmniej kilka osób na świecie nie doniosłoby o „fakcie” ujrzenia UFO.
Pojawiły się doniesienia o porwaniach przez Marsjan, wykorzystywaniu do celów reprodukcyjnych. Nie brakuje osób twierdzących, że Marsjanie żyją wśród nas i w sumie do tej opcji można by się nawet przychylić. Ale zaczęło się zupełnie niewinnie…

Światło na Marsie i sygnał Tesli

Był rok 1900, grudzień. Lowell Observatory w Stanach Zjednoczonych zauważyło dziwną wiązkę światła na powierzchni Czerwonej Planety [1]. Światło pojawiło się znienacka na powierzchni planety, trwało chwilę, po czym zniknęło. Wiadomości, jeśli jakąkolwiek przekazano, nie udało się odczytać. O ile oczywiście jakakolwiek wiadomość została wówczas nadana, co – wbrew nadziejom entuzjastów – bardzo wątpliwe. Naukowcy wskazali możliwość odbicia promieni słonecznych od obiektów położonych na Marsie jako potencjalne wyjaśnienie zjawiska. Podobne rzeczy zdarzają się każdej doby na Księżycu. Na Marsie, choć znacznie rzadziej obserwowane, wydają się równie możliwe.

Sam Nikola Tesla znalazł się w trudnej sytuacji, kiedy podczas jednego ze swoich eksperymentów odebrał sygnał, którego nie dało się w żaden racjonalny sposób wyjaśnić [2]. A kiedy w mediach pojawiła się informacja o tajemniczym świetle na Marsie, serbski wynalazca zaczął otwarcie twierdzić, że odebrany przez niego sygnał musiał pochodzić z Czerwonej Planety. Oczywiście świadomy był, że nauka nie dysponowała żadnymi dowodami wskazującymi na obecność życia na Marsie, trafnie zauważał jednak, że takiej możliwości również nie wykluczono. Podobnie jak nie sposób było wykluczyć, że ewentualny sygnał mógłby zostać nadany wcale nie przez stałych mieszkańców planety, a jedynie przez istoty ją odwiedzające. Wróćmy jednak nieco bardziej na Ziemię, choć nie do końca…

Kim są Marsjanie?

Od początku tzw. marsjańskiego boomu upowszechniły się wyobrażenia o tym, jak „powinni” wyglądać kosmici. Założono, że to takie same formy cielesne jak my, tyle że bardziej inteligentne. Prawdopodobnie są więksi i potrafią więcej… Skąd nagle w ludziach znalazło się tyle samokrytyki? Dlaczego zaczęliśmy wręcz płaszczyć się przed kreaturami, których nigdy nawet nie widzieliśmy?

Jedno z wyjaśnień tłumaczących tę zupełnie nieludzką skłonność do samokrytyki jest bardzo przyziemne, chodzi mianowicie o strach, który pozwala kontrolować tłumy. Jeśli akurat na horyzoncie nie pojawiają się rosyjskie okręty, a Koreańczycy nie grają w kometkę, to banda agresywnych Marsjan staje się bardzo pomocna [3]. Wystarczy kilka dobrze skrojonych doniesień, a ludzie już biegną chronić się w kościołach przed wojną światów (która, notabene, wcale nie wywołała takiej paniki, jak to się dzisiaj przedstawia, o czym więcej tutaj).

Założono automatycznie, że Marsjanie muszą mieć wobec nas wrogie zamiary. Choć wszystko wskazuje na to, że prędzej czy później wyniszczymy się sami, alarmistyczne donosy, nieobce również naukowcom, sugerowały, że Marsjanie mogliby do przyspieszenia naszej destrukcji chętnie się przyczynić. Do tego, jak wnioskujemy, jednak nie doszło. A skoro mimo upływu lat wciąż żyjemy, to może istnieje jakaś lepsza, bardziej pragmatyczna twarz kosmitów?

Handel z kosmitami

Około 1910 roku, kiedy Ziemia wciąż jeszcze miała się dobrze, a założono Widzew, pojawiły się pomysły, by z kosmitami zacząć handlować. Brak jakichkolwiek dowodów na ich istnienie nie był przeszkodą. W pragmatyzowaniu stosunków ziemsko-marsjańskich przodowali ponoć Niemcy, którzy już snuli plany dotyczące tego, jak potencjalny handel z Marsjanami mógłby wyglądać w praktyce.

Jedna z wersji zakładała umieszczanie przedmiotów podlegających wymianie handlowej w szczelnie zamkniętych aluminiowych pojemnikach, a następnie wystrzeliwanie ich w kierunku Marsa z okrzykiem „kosmici, łapcie!”. Jeśli genialny niemiecki plan by się powiódł, Marsjanie z pewnością odrzuciliby coś w zamian.

Jeszcze bardziej durna wydaje się metoda porozumiewania się z Marsjanami, którą wówczas rozważano, a mianowicie… przewiercenie w Ziemi na wylot dziury, przez którą przechodziłyby promienie słoneczne. Zasłaniając otwór w odpowiednich momentach, można by nadawać sygnał przy pomocy alfabetu Morse’a. Która z propozycji z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się bardziej idiotyczna? Można dyskutować. Jeszcze sto lat temu obie wydawały się zupełnie sensowne [4].

Incydenty na Ziemi

Mimo dobrych chęci (przynajmniej z jednej strony), współpracy handlowej z Marsjanami nawiązać się nie udało. Późniejsze lata przyniosły zaś zupełnie co innego, w tym sporo owianych tajemnicą wydarzeń, jak incydent, który przydarzył się w Roswell 2 lipca 1947 roku. Według oficjalnej wersji w Nowym Meksyku rozbił się balon meteorologiczny, jednak relacje świadków wskazują na coś zupełnie innego. Zachowanie przedstawicieli amerykańskiego rządu również nie wskazuje na całkowicie typowy „wypadek przy pracy”. Co więc się stało?

Według jednej z wersji dzwon zaliczyło UFO, a na wszystkich dowodach łapę natychmiast położyli Amerykanie. W tajemniczych okolicznościach zniknęli pracujący wtedy dowódcy służb, ogłoszono konferencje, na których rzecznicy mętnie tłumaczyli kulisy swojej wersji wydarzeń… ostatecznie tylko podsycając spekulacje [5].

W 1954 roku kosmici widocznie już pozbierali się po klapie w Roswell i zabrali się za zwiedzanie Australii. Prawdą jest na pewno to, że pod względem obserwacji niezidentyfikowanych obiektów ’54 był w Australii szczególnie owocny [6]. Tysiące doniesień napływało z całego kraju. Dowódcy australijskich sił specjalnych twierdzili zupełnie otwarcie „jest tylko jedna planeta w Układzie Słonecznym, poza naszą, na której może istnieć życie i jest nią Mars”, skąd pochodzić miały również widziane obiekty. Pokuszono się nawet o kalkulację – z Marsa na Ziemię kosmici mieli dolecieć w zaledwie 4 minuty. Ze swoją półtorej godziny z Łodzi do Warszawy wypadamy naprawdę blado…

Marsjanie zaliczyli również Francję, gdzie spotkali się z pewnym rolnikiem [7]. Spotkanie nie przebiegło w szczególnie pokojowej atmosferze, bo jak donosił sam zainteresowany, sparaliżowało go i leżał jak długi przez dziesięć minut, obserwując jak z latającego spodka wychodzą świecące na zielono i niebiesko kreatury, rozglądają się po okolicy, po czym znikają. Jedyny ślad kosmicznej przerwy na siku to wzruszona ziemia w miejscu, gdzie rzekomo wylądować miało UFO. I zeznania rolnika, którego jednak mało kto traktował poważnie.

Wielu było jeszcze takich, którzy z niejednej planety wodę pili i niejeden kosmiczny pył wciągali. Jak brytyjski pisarz Cedric Allingham, który z kosmitami miał się nie tylko spotkać, ale też pogadać [8]. Podczas poobiedniego odpoczynku mieli oni zwierzyć mu się, że regularnie kursują z Marsa na Wenus i z powrotem. Ile trunków wypito do owego galaktycznego obiadu – o tym już spragniony popularności pisarz w swej skrupulatności niestety nie donosi.

Grunt, że na pierwsze oficjalne zetknięcie z kosmitami przyjdzie nam jeszcze poczekać. Jeśli, co też możliwe, miało ono już miejsce, to nic o nim nie wiemy. I zapewne nigdy się nie dowiemy. W naszych poszukiwaniach życia pozaziemskiego dużą przeszkodą jest założenie, że kosmici to istoty fizyczne, potrzebujące do życia określonych pierwiastków chemicznych. A gdyby tak mieli oni formę programów i funkcjonowali wyłącznie „wirtualnie”? To kolejna z wielu interesujących teorii.

Autor: Adieu

Źródło: www.joemonster.org

Zostaw komentarz


*

code


  • Facebook

Szukaj temat