Paraliż przysenny czy nocna zmora?

Napisane przez Amon w Listopad - 1 - 2017

Większość ludzi tłumaczy ten fenomen w sposób czysto medyczny. Zjawisko to po prostu paraliż, który dotyka nas w czasie snu. Dlaczego trudno jest w to uwierzyć?

Po pierwsze są przypadki, w których autentyczność nie mamy prawa wątpić, kiedy to człowiek pod wpływem owej nocnej zmory unosił się nad łóżkiem. Od wieków ludzie opisywali niezwykłe uczucie, kiedy to niewidzialna istota próbowała udusić człowieka. (…) Nikt nie kwestionuje tego, że część z tych przypadków może mieć naturę czysto medyczną, ale z drugiej strony wiemy dobrze, że inne historie opisują ataki demonicznych i niewidzialnych istot na ludzi. (…)

Poniżej zebraliśmy kilka historii spośród tych, które zostały przysłane na pokład Nautilusa. Osoby śledzące temat „nocnych zmór” na pewno przeczytają je z zainteresowaniem.

„Parę dni temu spotkało mnie coś pasującego do opisów „nocnej zmory”. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłam. Zastanawiam się, czy mógł być to sen. Niby pamiętam, że nie był, ale w sumie nigdy nic nie wiadomo. Ale na wszelki wypadek opiszę Wam to. Mieszkam sama. Nad ranem nagle wybudziły mnie dziwne dźwięki – jakby szelesty, skojarzyło mi się to z reklamówkami, jakimiś foliami. A potem usłyszałam kroki – jestem pewna, że były kobiece, nie wiem czemu. I wtedy się zaczęło – nie mogłam otworzyć oczu. To było uczucie podobne do tego, gdy jest się bardzo zaspanym i powieki są „ciężkie”. Próbowałam sie unieść na łóżku i trochę się udało. Ale nic z tego nie wyszło – oczy dalej były zamknięte i widziałam przed sobą tylko czarny kolor i trochę kręciło mi się w głowie. Dalej słyszałam te kroki. Nie wiem ile czasu upłynęło nim udało mi się otworzyć oczy. Może to była minuta, może 10 minut… Wciąż słyszałam kroki, jakby ktoś chodził po mieszkaniu, „folii” już nie słyszałam. W końcu się udało i otworzyłam oczy. Byłam tak przerażona, że włączyłam światło i telewizor. Potem cały następny dzień byłam skołowana i było mi słabo. Nie mam pojęcia, co to było, ale zrobiło na mnie wielkie wrażenie”.

Kolejna historia:

„Z reguły nigdy w domu nie zostawałem sam, lecz w wakacje zdarzyło mi się przebywać parę tygodni samemu w domu. Noc jak noc – nic szczególnego. Poszedłem spać o „słusznej” porze i nic nie zapowiadało żadnych nadzwyczajnych wrażeń. Pamiętam, iż śniło mi się – a rzadko śnią mi się takie dziwne sny – iż stoi obok mnie demon lub inna istota o wyraźnie negatywnym usposobieniu. I słyszę we śnie takie głośne wołanie „Szatan”. Głos był tak głośny, iż z lękiem obudziłem się. Byłem już absolutnie przytomny, tak iż widziałem wszystkie przedmioty w pokoju, jednak – ku memu przerażeniu – nie mogłem pisnąć ani słowa czy kiwnąć palcem. Jednak nie to napawało mnie wtedy przerażeniem. Oprócz tego, w pokoju słyszałem szum ogromnego wiatru, jakby wichru. Wydawało mi się, iż trąba powietrzna lata w pokoju i powoduje niezwykły hałas. Wtedy poczułem, że obok mojego łóżka stoi bardzo potężna, przepełniona złem i nienawiścią istota. Dodatkowo, wydawała ona dziwne i strasznie nieprzyjemne odgłosy (charczenie, fuczenie, sam nie wiem jak to nazwać). Byłem wręcz pewny, że gdybym tylko mógł odwrócić głowę, zobaczyłbym ją obok siebie. Chciałem – pomimo strachu – to uczynić, ale nie byłem w stanie. W tym ogólnym przerażeniu zauważyłem, iż dzieje się ze mną coś bardzo dziwnego.

Ta istota obok mnie – nie wiem czy dobrze to ujmę – próbowała wyrwać ze mnie moją duszę. Wiem, że brzmi to śmiesznie, wręcz zalatuje „ciemnogrodem”, ale po prostu czułem, jakbym się miał rozdwoić i ta moja „właściwa” część była na siłę wypychana do góry, niczym podważana łomem. Skupiłem całą swoją siłę woli, by „nie iść do góry”, by ta moja dusza – której pierwszy raz w życiu doświadczyłem – nie została wypchana do góry. Powiem prosto – myślałem, że to coś chce mnie opętać albo posiąść moje ciało. Zacząłem ostatkami sił się modlić. Pędzikiem, w tym całym hałasie wiatru, obok złej istoty i w walce bym został w ciele – odmówiłem jedną zdrowaśkę, potem drugą, Ojcze Nasz… (proszę zauważyć, że to nie była kwestia sekund – wszak odmówienie tych modlitw, nawet pobieżnie i szybko, trochę zajmuje). Jakież było moje przerażenie, gdy te modlitwy nie skutkowały! Ostatkiem sił, gdy myślałem, że już, co tu dużo mówić – po mnie (tak się wtedy czułem – prawie wypchany z ciała), zawołałem rozpaczliwie w myślach – „Jezu, mój Mistrzu…” (nie dokończyłem tego, już nie dałem rady), gdy nagle – w ułamku sekundy – zniknął szum huraganu, ta zła istota i od tej chwili mogłem normalnie się poruszać… Zresztą nie dałem rady za bardzo – byłem tak strasznie wyczerpany tym wszystkim, że po prostu nawet nie miałem siły się bać… Przewróciłem się na drugi bok i niedługo po tym zasnąłem.

Niestety bałem się iść spać w następne wieczory – grałem na komputerze do 2 w nocy, byleby jak najpóźniej kłaść się spać. Teraz już jest dobrze i więcej nie boję się takich przypadków – wiem, że jak głęboka modlitwa (ale nie klepanki zdrowaśki) potrafią skutecznie i natychmiastowo odpędzić takiego ducha. Jednak po tym wydarzeniu zmieniłem stosunek nie tylko do czegoś takiego jak „zmora”, ale do życia pozagrobowego. Już wiem, że ono istnieje naprawdę, gdyż miałem naoczny dowód i dałbym sobie rękę uciąć, że to nie był ani sen, ani przywidzenie, ani paraliż przysenny„.

I jeszcze jedna interesująca historia:

„Jestem ratownikiem medycznym. Na co dzień pracuję w szpitalu psychiatrycznym oraz w pogotowiu ratunkowym. Problem duszenia się w nocy jest mi znany nie od dziś, dotyczy mnie to od kilku lat. Na wstępie zaznaczę, że nie chrapię (nigdy), nie mam problemów z drogami oddechowymi i w zasadzie nigdy nie mam problemów ze snem. (…)

Mój problem z nocnym duszeniem się trwa od kilku lat, są to sytuacje sporadyczne, nieregularne, występują niezwykle rzadko. Zawsze przebiegają w ten sam sposób: nie mogę oddychać, nie mogę się poruszać, za to jestem w pełni świadomy i w przeciwieństwie do złych snów zajścia te pamiętam bardzo długo, a w zasadzie pamiętam je wszystkie. Nie czuję nigdy ucisku na klatkę piersiową, po prostu nie mogę oddychać, zupełnie tak, jakby ktoś zatkał mi nos, bardzo się staram, ale nie mogę złapać oddechu, do tego nie mogę otworzyć oczu ani poruszyć się, a do tego słyszę świdrujący dźwięk, coś jakby falujący płat blachy, ten dźwięk zawsze temu towarzyszy, jest głośny, ale nie jednostajnie, czasem głośniej, czasem ciszej.

Jedną z tych sytuacji pamiętam jako szczególnie traumatyczną, było to w lipcu 2009 roku podczas mojego dyżuru w pogotowiu ratunkowym. Po nocnym dyżurze miałem jeszcze 12h w dzień, do godziny 19. W nocy dużo się nie działo, byliśmy tylko u pewnej starszej pani z bólami nowotworowymi, pani w bardzo złym stanie, ale nie wyrażająca zgody na wyjazd do szpitala, skończyło się na podaniu środków przeciwbólowych. Za około 2 godziny zawitaliśmy u niej ponownie, tym razem jednak stwierdzić zgon… Dlaczego o tym piszę? Otóż po tej nocy, w ciągu dnia, zasnąłem. Wtedy przeżyłem jedną z najgorszych chwil w moim życiu… Najpierw śniła mi się ta kobieta (w swojej karierze zawodowej miałem już masę zgonów, a jednak nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło), a zaraz po tym nastąpił ten „bezdech”. Czułem się duszony, byłem przerażony i do tego ten świdrujący dźwięk, tak jakby falującej blachy, to trwało niezwykle długo, nie mogłem się obudzić, starałem się krzyczeć, ale to zdało się oczywiście na nic … w końcu jednak obudziłem się cały przerażony … mimo, że wcześniej już mi się to zdarzało, to jednak przez tę kobietę zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to coś nadprzyrodzonego. Ostatecznie uznałem to za normalny bezdech i przestałem się nad tym zastanawiać”.

Na koniec ciekawostka z polską nazwą tego zjawiska, które w czasach zamierzchłych było znane jako “gnieciuch”. Zwrócił nam na to uwagę nasz czytelnik.

„Znalazłem informacje na ten temat w książce „Czarownice strzygi mamony” o wierzeniach i zabobonach ludu galicyjskiego zebranych przez Eugeniusza Chmielowskiego w pierwszej połowie listopada roku 1890. Książka została wydana przez Sądecką Oficynę Wydawniczą w 1987r.

Wśród różnych ciekawych informacji jedna zasługuje na uwagę – oto podany w książce opis „Gnieciucha”: O Gnieciuchach mówią, że dawniej się pojawiały, ale teraz ich nie ma. Gnieciuch nie był Diabłem wprawdzie, ale był zawsze czymś złym. Gnieciuch, zwany także zmorą, kładł się na człowieka śpiącego i gniótł go. Dopóki się człowiek nie obudził, Gnieciuch miał jakąś wielką postać, ale gdy się obudził, zamieniał się w źdźbło, które należało lewą ręką z siebie zrzucić.

Pewna kobieta – opowiadają – była często przygniatana przez tego niecnotę. Razu pewnego spała na strychu przy otworze w powale, do którego była przystawiona drabina z sieni. Gnieciuch przyszedł i ciężarem swoim ją przywalił. Czuła ten ciężar, ale obudzić się nie mogła. Gdy wtem pies na podwórku zaszczekał, ona się obudziła, ciężar znikł. Wyciągnąwszy rękę lewą maca po nakryciu, a poznawszy pod ręką źdźbło, zrzuciła je z siebie przez wspomniany otwór w powale na sień. Rano, gdy ona i wszyscy w domu powstawali, znaleźli wprost pod otworem w powale na ziemi rozlaną maź, chociaż tej w domu całym przedtem nie było. Gnieciuch gniótł często pewną dziewkę, ale nie umiała nic o nim powiedzieć więcej, tylko, że czuła wielki ciężar na sobie i że gdy – budząc ją – wołano, nie mogła się odezwać ani wstać, chociaż słyszała, aż wtedy dopiero, gdy zapalono świecę”.

jedna odpowiedz jak na razie.

  1. Mag Chaosu napisał(a):

    Wstęp do OBE

Zostaw komentarz


*

code


  • Facebook

Szukaj temat