Travis Walton drwal porwany przez UFO

Napisane przez Amon w Kwiecień - 24 - 2017

Młody drwal na oczach kolegów zostaje „postrzelony” przez UFO, po czym znika. Policja rozpoczyna śledztwo, podejrzewając morderstwo, a sprawa staje się sensacją. Po pięciu dniach zaginiony odnajduje się, mówiąc, że został porwany przez istoty nie z tego świata. To nie filmowa fikcja, ale opis rzeczywistego zdarzenia sprzed 40 lat…

Travis Walton jest już po sześćdziesiątce, ale kiedy patrzy się na jego zdjęcie sprzed 40 lat trudno oprzeć się wrażeniu, że w zasadzie zmienił się niewiele. Przybyło mu trochę zmarszczek, jest też bardziej zamyślony i jakby speszony, co jest efektem doznanej przed laty traumy. 5 listopada 1975 r. na zawsze odmienił jego życie i myślenie. Zwyczajny chłopak z Arizony przeżył tamtego dnia niezapowiedziane brutalne zetknięcie z nieznanym.

Walton został wtedy porwany przez UFO na oczach sześciu kolegów z pracy. Zniknął na kilka dni, podczas których intensywnie go szukano, po czym wrócił i niemal rozsypując się psychicznie, opowiedział o czymś, co do dziś budzi kontrowersje…

Postrzelony i porwany

Historia ta jest długa i złożona. W szczegółach została opisana w niezliczonych artykułach ufologicznych, a także książce Waltona, na podstawie której w 1993 r. powstał film „Fire in the Sky” (tytuł polski „Uprowadzenie”) w miarę dokładnie oddający atmosferę, jaka w tamtych dniach panowała w mieście Snowflake (dosł. „płatek śniegu”), skąd pochodzili główni bohaterowie historii.

22-letni Walton pracował wówczas jako drwal w ekipie Mike’a Rogersa – swojego najlepszego kolegi i przyszłego szwagra. Firma Rogersa zdobyła kontrakt od leśnictwa na usunięcie zarośli w okolicach Turkey Springs w Parku Narodowym Apache-Sitgreaves. Tamtego dnia na miejscu byli też: Ken Peterson, John Goulette, Steve Pierce, Allen Dallis oraz Dwayne Smith.

Jak w większości spotkań z UFO, nic nie zapowiadało, że stanie się coś dziwnego. Około piątej po południu ekipa wybrała się w drogę do domu, zauważając w okolicy jednego ze wzniesień dziwne światło. „Słońce? Nie. Przecież zaszło jakieś pół godziny temu. To łuna pożaru!” – dyskutowano w półciężarówce, którą prowadził Rogers.

Niebawem droga doprowadziła drwali do miejsca, skąd dobiegało światło.

„W odległości mniejszej niż 30 m wisiał w powietrzu metaliczny statek” – pisał Walton. „Był jakieś 5 m nad kupą gałęzi. Nie poruszał się, wisząc poniżej czubków drzew. (…) Złotawa maszyna wyróżniała się na tle granatowiejącego nieba. Jej delikatne żółte światło nadawało okolicy dziwny blask. (…) Oceniłem, że obiekt ma jakieś 5–6 m średnicy i 2,5–3 m wysokości. Spłaszczony dysk miał kształt dwóch talerzy skierowanych wewnętrznymi stronami do siebie. U góry była ledwie widoczna biała kopułka” – wspominał, dodając, że w spodniej części kadłuba były też „pola” przypominające wielkie okna.

Potem stała się jeszcze dziwniejsza rzecz. Wszyscy byli ewidentnie przerażeni… oprócz Waltona, który, w przypływie młodzieńczej fantazji, wyskoczył z auta i zaczął iść w stronę obiektu. Usprawiedliwiał się później tym, że stanął przed szansą, która mogła się nie powtórzyć i plułby sobie w brodę, gdyby nie obejrzał tego z bliska. Od dawna bowiem interesował się zjawiskiem UFO.

Okazało się, że był to jednak głupi pomysł. Koledzy w samochodzie wołali go, bo chcieli stamtąd jak najszybciej odjechać. Z przerażeniem obserwowali jednak, jak Travis powoli zbliża się do spodka, który nagle zaczął się kołysać i emitować dźwięk niczym „wielka turbina”.

„Poruszałem się bardzo ostrożnie, powoli i prawie na czworaka” – wspominał Walton. „Wyprostowałem się, kiedy wszedłem w światło, które miękko opadało na obszar pod obiektem. (…) Skąpany w żółtawej jasności, gapiłem się na niezwykle gładką powierzchnię obiektu. Przepełniał mnie podziw. (…) Dźwięk generowany przez pojazd prawie do mnie nie docierał. Był jak mieszanina wysokich metalicznych tonów. (…) Znowu przykucnąłem, kiedy nagle od spodu obiektu wystrzelił niezwykle jasny niebieskozielony promień. Nic nie widziałem ani nie słyszałem. To było jak paraliżujące porażenie prądem” – dodawał.

Widok Waltona upadającego na ziemię wywołał w aucie panikę. Dallis wrzeszczał, że Travisa „zabiło” i że trzeba uciekać. Tak też zrobili, ale uczucie solidarności z przyjacielem nakazywało Rogersowi wrócić, nawet jeśli miało tam na nich czekać strzelające laserami UFO.

Chwilę potem znowu znaleźli się w pobliżu zwałów odpadów po ścince, ale spodka, który roztaczał wokół siebie blask „stopionego metalu” już nie było. Najgorsze, że Waltona też nie.

Śledztwo, wariograf i powrót Waltona

Drwale pod wodzą Rogersa przeczesali las i nawoływali Waltona, ale nigdzie go nie było. Szybko doszli do wniosku, że trzeba zgłosić sprawę policji. Ok. 19:30 w centrum handlowym w pobliskim Heber ze łzami w oczach opisywali zastępcy szeryfa, co się wydarzyło. Na miejsce przybył szybko szeryf Marlin Gillespie, który potwierdził, że panowie wyglądali na mocno zestresowanych. Kilku z nich udało się potem z funkcjonariuszami na miejsce zdarzenia, ale nie znaleźli Travisa ani niczego, co potwierdzałoby ich wersję wydarzeń. Ponieważ nastała noc i było zimno, obawiano się, że nawet jeśli zaginiony gdzieś tam jest, może umrzeć z wychłodzenia. O zdarzeniu poinformowano też niebawem rodzinę Waltonów.

Następnego ranka (czwartek) ochotnicy i służby zaczęli przeczesywać teren, gdzie chłopak był widziany po raz ostatni. Aktywnie włączył się w to Rogers, koledzy Waltona oraz jego brat Duane. W kolejnych dniach poszukiwania bezskutecznie kontynuowano z użyciem śmigłowców i psów tropiących. Ponieważ niewiele to dało, miejscowa policja i media (wraz z tym jak echo o zniknięciu Waltona zataczało coraz szersze kręgi) zasugerowali, że 22-latek mógł zostać zamordowany albo, co bardziej prawdopodobne, zginął w wyniku nieszczęśliwego wypadku, a jego koledzy zmówili się, ukryli ciało, a następnie wymyślili alibi. Najbardziej naciągane, jakie można sobie wyobrazić.

Hipoteza ta nabrała wartości, okazało się bowiem, że między Dallisem a Waltonem rzeczywiście istniał jakiś konflikt, jednak oskarżenia tak mocno uderzyły w honor drwali, że postanowili oni poddać się badaniu na wykrywaczu kłamstw (wariografie). Testy przeprowadził w poniedziałek 10 listopada Cy Gilson z Arizońskiego Centrum Bezpieczeństwa Publicznego. Zadał on im pytania, czy zrobili Waltonowi jakąś krzywdę albo wiedzą coś na ten temat, czy widzieli go rannego i czy tamtego dnia obserwowali UFO.

Wniosek Gilsona brzmiał: „Badania wariografem udowodniły, że pięciu mężczyzn widziało obiekt, który uznali za UFO, Travis Walton nie został w tamtą środę przez żadnego z nich zraniony ani zamordowany”. Mowa tu jednak o pięciu świadkach, bo szósty, Dallis, nie ukończył testu, co znowu zasiało wątpliwości.

Na szczęście Walton odnalazł się niebawem cały i żywy, choć nie wszystko było z nim w porządku.

Gdzie byłeś, Travis?

Kiedy rodzina żegnała się w myślach z zaginionym, jego szwagier odebrał telefon, a głos w słuchawce podał się za Travisa. Mężczyzna wziął to za głupi kawał, tym bardziej że wieść o dziwnej historii obiegła już całą Amerykę. Ten ktoś wrzeszczał jednak, że naprawdę jest Travisem i dzwoni z budki koło stacji paliw w Heber.

To rzeczywiście był zaginiony przez pięć dni Walton, który nim dotarł do telefonu, obudził się na ziemi.

„Świadomość odzyskałem nocą, na zimnym chodniku na zachód od Heber. Leżałem na brzuchu, z głową spoczywającą na prawym ramieniu. Orzeźwiło mnie natychmiast zimne powietrze. Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że na kadłubie „czegoś” gaśnie światło” – pisał.

To był ten sam obiekt, który go porwał – tak uznał.

Niebawem, z szumem w głowie i przekonaniem, że stracił przytomność tylko na chwilę, Walton znalazł budkę telefoniczną koło zamkniętej stacji paliw i zadzwonił na centralę, prosząc o rozmowę z siostrą, która mieszkała niedaleko. Słuchawkę podniósł jego szwagier, Grant. Było około wpół do pierwszej w nocy.

Niedługo potem bliscy wtaszczyli zziębniętego i mało kontaktowego Travisa do auta.

– Goliłem się dzisiaj rano, a jestem zarośnięty jak po tygodniu – próbował żartować, nie wiedząc zupełnie, co się z nim dzieje.

– Chłopie, nie było cię pięć dni! – odpowiedział mu Duane, uradowany, że wszystko jednak dobrze się kończy.

Walton wkrótce skonfrontował się z prawdą o tym, co zaszło. Pomińmy to, co pisała prasa i co działo się wtedy w jego głowie. Stan fizyczny 22-latka był lepszy od psychicznego. Okazało się właściwie, że mimo kilkudniowej przerwy w życiorysie, nic mu nie jest. Jedynym, co odkryli u niego lekarze była ranka na łokciu przypominająca ślad po wkłuciu oraz niski poziom ketonów w moczu, które powinny się pojawić, kiedy jego organizm spalałby zapasy tłuszczu wobec braku pożywienia. Ketonów nie było, mimo że Walton zmizerniał.

Wszystkich oczywiście najbardziej interesowało to, co działo się z nim po postrzeleniu przez UFO. W przeciwieństwie do większości ludzi porwanych w ten sposób miał on świadome wspomnienia, choć jak pisała ufolog, Coral Lorenzen, z organizacji APRO, ograniczały się one do kilku chwil po pojmaniu.

„Twierdził, że ocknął się w pomieszczeniu z niskim sufitem, które z początku wziął za szpitalną salę. Na klatce piersiowej zauważył rodzaj owalnego aparatu. Czuł też silny ból. Powietrze w miejscu, gdzie przebywał, było ciężkie, gorące i wilgotne. Walton zorientował się, gdzie jest dopiero po kilku minutach. Wokół stołu, na którym leżał, krzątały się jakieś postaci mierzące mniej niż 1,5 m wzrostu mające bladą skórę, duże oczy, niewielkie nosy, usta i uszy” – pisała.

Walton w swojej książce podał bardziej przejmujący opis:

„Widziałem najpierw jakby zamglone sylwetki lekarzy, którzy nachylali się nade mną. (…) Byli ubrani w pomarańczowe kitle. Nie widziałem ich twarzy, dopóki mój wzrok się nie wyostrzył. Wstrząsnęło to mną i zdałem sobie sprawę, że wcale nie jestem w szpitalu! Patrzyłem prosto w brązowe oczy jakiejś potwornej istocie, a ona patrzyła na mnie” – pisał.

Czując się jak zaszczute zwierzę, Travis zerwał się, odepchnął jedną z istot (była ponoć lekka jak gąbka), a potem chwycił jakiś podłużny przedmiot leżący na stole i zamierzył nim w stronę „lekarzy” o łysych głowach. Wykrzykując pytania, co on tam robi i o co w ogóle chodzi, musiał ich przerazić, bo istoty wkrótce wyszły.

Walton stał o własnych siłach, ale czuł, że wszystko go boli. Ciało powoli odmawiało mu posłuszeństwa, ale postanowił jeszcze poszukać wyjścia. Poszedł korytarzem, którym wyszła trójka humanoidów, a na jego końcu znalazł coś w rodzaju „sterowni” z małym fotelem i drążkami.

„Wkrótce do Waltona zbliżył się człowiek o wzroście ok. 1,8 m, brunet o złotych oczach” – pisała Lorenzen. „Stanął w drzwiach, a porwany podszedł do niego i zarzucił go pytaniami, nie otrzymując jednak odpowiedzi. Nieznajomy chwycił Waltona za ramię i poprowadził go do korytarza lub holu. (…) Następnie Travis trafił do pomieszczenia, gdzie znajdowały się trzy lub cztery metaliczne struktury. Osobnik, który go przyprowadził miał niebieski kombinezon i przezroczysty hełm – bańkę. W następnym pomieszczeniu znajdowały się jeszcze dwie postaci (kobieta i mężczyzna). Nie mieli jednak hełmów. Zachęcając Waltona gestami, skłoniły go, by położył się na stole, a na twarzy umieścili mu coś przypominającego maskę tlenową”.

Walton tyle zapamiętał.

Zostają wątpliwości

W zasadzie można byłoby postawić tu kropkę, ale mimo swej spektakularności sprawa drwala z Arizony kryje jeszcze wiele niewiadomych. Trzeba dodać, że Walton nadal utrzymuje, że padł ofiarą porwania, o czym chętnie opowiada w programach telewizyjnych i na sympozjach, co wymaga od niego samozaparcia, ponieważ zaraz po odnalezieniu trafił on pod ostrzał krytyków, który trwa do dziś.

Do jego najzagorzalszych przeciwników zaliczał się Philip J. Klass (zm. 2005) – inżynier i wojujący sceptyk, który twierdził, że zniknięcie Waltona zostało ukartowane przez Rogersa, który w ten sposób chciał przedłużyć czas na wykonanie zakontraktowanych prac. Zarzuty te były absurdalne, sam zaś Klass, kiedy brakło mu już argumentów, skompromitował się, oferując rzekomo Steve’owi Pierce’owi kilka tysięcy dolarów za publiczne przyznanie, że sprawa była mistyfikacją.

Nie jest jednak tak, że przypadek Waltona to same „za” pozbawione „przeciw”. Historia ta jest ze wszech miar dziwna i otwarta na rozmaite interpretacje. Przykładowo, szeryf Gillespie uznał, że zaginiony chłopak mógł zostać potrącony przez samochód, zabrany potajemnie do szpitala (stąd ślad po igle), nafaszerowany lekami, a potem wyrzucony na chodnik. Tylko po co komu takie ceregiele? Inna wersja mówi, że drwale obserwowali tajną wojskową maszynę, a Walton, ponieważ widział za dużo, został uprowadzony i poddany „praniu mózgu”.

Co więcej, Travis Walton przeszedł kilka testów na wariografie. Ich efekt był bardzo różny, co wywołało dyskusję nad wiarygodnością tej procedury. Sensacją był też jego występ w programie „Moment prawdy”, gdzie wykrywacz kłamstw zakwestionował jego odpowiedź na pytanie o spotkanie z UFO. Trzeba jednak pamiętać, że choć w mniemaniu opinii publicznej wynik badań na wariografie ma charakter wiążący, obecnie na Zachodzie coraz częściej krytykuje się tę metodę za nieefektywność i nieobiektywność (w USA temat ten otarł się nawet kilka lat temu o Narodową Radę Badawczą).

______________________________________________

Cytaty pochodzą m.in. ze strony travis-walton.com, a także książki „Walton Experience” (1978).

Źródło: www.strefatajemnic.onet.pl

22 Udostępnień

Zostaw komentarz


*

code


  • Facebook

Szukaj temat