Wyspa Barsakelmes: Miejsce bez powrotu

Napisane przez Amon w Grudzień - 4 - 2017

Barsakelmes był kiedyś największym skrawkiem lądu na Morzu Aralskim. Jego nazwa w języku turkijskim oznacza „miejsce, z którego się nie wraca”. Dziś, po wyschnięciu wody, wyspą jest tylko z nazwy, ale z jakichś powodów nadal stanowi teren niedostępny. Za czasów sowieckich krążyły o nim różne, często niewiarygodne opowieści. Dlaczego niektórzy wciąż boją się tego miejsca? I dlaczego nikt nadal nie ma tam wstępu?

____________________
S. Kriwoszejew, Itogi.ru

„Wyspę” Barsakelmes, oddaloną o 180 km od kazachskiego miasta Aralsk, specjaliści – badacze zjawisk niezwykłych nazywają jednym z najbardziej zagadkowych miejsc na planecie. Miejsce to otacza aureola tajemnicy i złowieszczo brzmiących legend. Mówi się, że na wyspie występują nieznane nauce istoty i dochodzi tu do zagadkowych anomalii optycznych. Dodatkowo niektórzy nazywają to miejsce prawdziwym „tunelem czasowym” – punktem, z którego się nie wraca…

Wyspa Barsakelmes leżała w północnej części Jeziora Aralskiego. W czasach ZSRR założono tam rezerwat przyrodniczy. Najwyższym punktem wyspy była Czajka (113 m. n.p.m.), graf. DP.


Dziwnie straszno 

W językach turkijskich „Barsakelmes” oznacza „pójdziesz – nie wrócisz”. Skąd wzięła się tak dziwna nazwa? Jedna z wersji mówi, że z odległości wyspy od brzegu. Bywało, że zapędzający się tu rybacy nie wracali, a niesforny „Aral” wciągał na dno ich lekkie łódki. Według drugiej wersji, wyspę zamieszkiwała ogromna ilość jadowitych żmij napadających na przybywających tu rybaków. Istnieje legenda, że w czasach Czyngis-chana ukrywał się tam władca Chorezmu, który przywiózł ze sobą karawanę skarbów, po której ślad zaginął. Mówi się, że w latach 30-tych ub. wieku czekiści, aby odpędzić z wyspy amatorskich poszukiwaczy, rozpuścili plotki o potworach zamieszkujących Barsakelmes. Co wymyślili, a co było prawdą?

Wiadomo, że pierwszymi oficjalnymi badaczami wyspy byli członkowie ekspedycji hydrografa Aleksieja Butakowa, którzy „odkryli” ją w 1848 r. Wyszedłszy na brzeg byli dość zaskoczeni. Jednym z uczestników tej wyprawy był ukraiński poeta Taras Szewczenko, który w swoich pismach tak wspominał Barsakelmes: „Widziałem dużo oryginalnego, jeszcze nigdzie nie widzianego… Postaram się narysować wszystko, co jest ciekawe w tym nieciekawym, ale ciągle tajemniczym obszarze…”

W 1929 r. radziecka władza uznała, że takie dobro nie może pozostać niezagospodarowane i założyła na wyspie hodowlę susłów. Minęło jednak 10 lat i powstał tam rezerwat przyrodniczy. Jego celem – oficjalnym – była hodowla kułanów (koniowatych przypominających osły) przywiezionych z Turkmenii. Barsakelmes stał się jednym z najmniej dostępnych rezerwatów w całym kraju, ze wszech stron oblanym wodami nieprzewidywalnego Aralu. Zaprowadzono restrykcyjny limit odwiedzin, co miało ograniczyć ryzyko narażania tutejszych zwierząt na działanie kłusowników. Nie wiadomo jednak, dlaczego mieszkańcy wyspy tak bardzo obawiali się wzroku przyjezdnych.

Co działo się tam w kolejnej dekadzie? Jakie prowadzono tam badania? Na te paradoksalnie proste pytania praktycznie brak odpowiedzi. Budzi to pewne wątpliwości. Wydaje się, że wyspę izolowano od świata, ponieważ przeprowadzano tu sekretne przedsięwzięcie. Nie dziwi zatem, że wokół Barsakelmesa krążyły pogłoski i domysły podgrzewane milczeniem tych kilku osób, które na wyspie w tamtych czasach przebywały. Wbrew nazwie, nie tylko tam docierali, ale nawet wracali. Pewnie zmowa milczenia trwałaby nadal, gdyby nie złośliwa natura – Jezioro Aralskie zaczęło się kurczyć. W końcu lat 90-tych wyspa Barsakelmes stała się półwyspem. W tej sytuacji ochrona jego zagadek przed światem stała się niemożliwa, ale, co ciekawe, nadal podejmowano pewne próby zabezpieczania tego miejsca…

Długa droga 

Wadim Czernobrow

koordynator grupy badawczej Kosmopoisk

– Mam dwojakie zdanie na temat Barsakelmesa. Większość strasznych historii, które o nim słyszałem skłania się ku fantastyce, jednak na wyspie rzeczywiście znajduje się anomalna strefa. Przyczyna tamtejszych anomalii leżała prawdopodobnie w prądach wód dawnego Morza Aralskiego. U brzegów Barsakelmesa tak opływały one przylądek, że masy wodne wprawiane były w ruch kołowy. Ich interakcje z powietrzem powodowały niesamowite efekty optyczne – stąd opowieści o dziwnych światłach, zatrzymywaniu się czasu i podobnych zjawiskach. Nie ma tam żadnej bazy UFO i nigdy jej nie było, ale od dawna strefa ta była izolowana od ludzi. Także i dzisiaj miejscowe władze dokładają starań, aby na wyspę nie miał wstępu nikt obcy. Ciekawe czemu?

Trasa nie była prosta. Mieliśmy nadzieję znaleźć przewodnika na Barsakelmes. W wypożyczalni wynajęliśmy trzy potężne terenówki. Bez nich do miejsca nie da się dotrzeć. Umieściwszy w bagażnikach namioty, śpiwory, prowiant i parę słusznych rozmiarów łopat, nasz konwój wyjechał z Ałmaty. W połowie dnia znaleźliśmy się w słynnej Dolinie Czujskiej. Droga jest równa i gładka, pozwalamy sobie i… milicjant łapie nas na radar.

– Gdzie was tak niesie?

– Na Barsakelmes.

– No, no. Zjeżdżajcie. Tylko nie zapomnijcie wrócić – mówi.

Niedługo zniknęły wszystkie oznaki cywilizacji. Po obu stronach drogi rozciągał się step i tylko gdzieniegdzie widać było resztki opuszczonych wiosek. Według mapy zbliżaliśmy się do mostu pontonowego przez Syr-darię. Jeszcze tylko punkt kontrolny – wioska Karateren, za którą zaczynają się bezkresne przestrzenie wyschniętego Aralu. Tam poznajemy Argyna – jednego z miejscowych, który zaprasza do siebie na nocleg. Jego dom, na którym wisi antena satelitarna, wyróżnia się na tle innych glinobitych chatek, podobnych do siebie jak dwie krople wody.

Dowiedziawszy się kim jesteśmy i gdzie jedziemy, Argyn od razu powiedział, że będzie trudno znaleźć przewodnika, zresztą równie trudno byłoby znaleźć kogoś, kto chciałby w ogóle jechać na Barsakelmes. Obiecał jednak, że na drugi dzień pomoże nam w poszukiwaniach i nie zawiódł. Następnego dnia poznaliśmy człowieka o imieniu Erbol, który w kolejnych dniach miał zostać naszym przewodnikiem. U Argyna uzupełniliśmy zapasy wody, paliwa, wędzonej ryby i udaliśmy się na Aral.

Pułapki na prostaków 

Sielski krajobraz rezerwatu na Barsakelmesie (za: unesco.kz)


Pod naszymi kołami dudniło dawne dno jeziora. Jeśli nawet początkowo natykaliśmy się na jakąś roślinność, to przez parędziesiąt dalszych kilometrów istniała tylko pustynia – ani trawki i ani śladu życia – tylko popękana ziemia ze śladami soli. Wokół na wiele kilometrów ani jednego punktu odniesienia. Rzeczywiście, można tu przyjechać i nie wrócić.

Do GPS wprowadzamy namiary Barsakelmesa i zmierzamy w jego stronę. Nagle, niczym miraż, wyrasta przed nami szlaban z tabliczką: „Uwaga! Niebezpieczne zwierzęta”. Czy ostrzega przed istotami, o których mówiły legendy?

Zastanawiamy się. Nagle stop! Erbol – przewodnik, wychodzi z auta, nachyla się ku ziemi i woła nas. To pułapka! Pałka nabita gwoździami, a niedaleko druga, trzecia… Nie zliczysz ich tu. Najedziesz na taką i zostaniesz bez kół pośrodku pustyni, całkowicie odcięty od świata. Skąd się wzięły, nie wiadomo. Nie wiadomo też, dlaczego w tym miejscu nie działa telefon satelitarny.

Kto mógł zostawić te „pułapki”? Wkrótce okazało się, że prawie dotarliśmy do celu. Erbol wskazał ręką. Barsakelmes, w wyniku iluzji optycznej, wyglądał jak zawieszony nad gruntem. Niedostępna wyspa, którą niegdyś ochraniało morze, jest teraz strzeżona przez „jeże” z gwoździ. Oczyszczając przed sobą drogę metr po metrze, wjechaliśmy na Barsakelmes, nad który zaczęła napływać wieczorna mgła. Minęliśmy trzy opuszczone punkty kontrole i kordon z metalowymi wrotami i gwiazdą. Potem szybko rozbiliśmy obóz na noc, która okazała się niespokojna…

Sekretna strefa 

Południowy brzeg wyspy (fot. za: incnca.net)


W nocy nikt nie mógł spać. Przyczyną tego było bardzo nieprzyjemne zjawisko. Wiatr wpychał do namiotów lodowate powietrze, przeganiając sen. Noc była gwieździsta. W drugiej części wyspy widać było zapalające się i gasnące światło. Wiedzieliśmy, że oprócz nas nikogo tam nie ma, bo Barsakelmes dawno opuścili jego mieszkańcy.

Kiedy się wreszcie rozwidniło zobaczyliśmy, że to chyba nasz ostatni poranek, bowiem… posinieliśmy i to nie od zimna. Była to osobliwa sinizna – na twarzy, rękach. Wyglądało to tak, jakby ktoś nas specjalnie natarł czymś kolorowym. Sini byli wszyscy, oprócz Erbola, którego to nie dziwiło. Uśmiechał się mówiąc: „To ‘syndrom aralski’ – tak mówią mądrzy ludzie. Szybko przejdzie samo”. Co nam było, nie wiedzieliśmy. Przypuszczenie było jedno – nasze organizmy, nieprzywykłe do tutejszych warunków, pochłonęły dawkę jakiejś substancji. Nie było jednak czasu, aby szczegółowo się nad tym zastanawiać. Musieliśmy zbadać byłą wyspę o rozmiarach 16 na 40 km. Potrzebowaliśmy na to co najmniej tygodnia, dlatego zdecydowaliśmy skupić swoją uwagę na jej centralnej części.

Praktycznie od razu naszą uwagę zwrócił fakt, że nie działał sprzęt elektroniczny: telefon satelitarny, komputer i generator prądu. Co więcej, nadal nie pozbyliśmy się nieprzyjemnych odczuć: duchocie i gorącu towarzyszył ból głowy i szum w uszach.

Szliśmy za naszym przewodnikiem trafiając najpierw do opuszczonych zabudowań gospodarczych i domów w centralnej części wyspy. Wszędzie porozrzucane były papiery, kolby, menzurki i fragmenty mundurów. W jednym z pomieszczeń pod przegniłymi deskami znaleźliśmy małe pudełko, a w nim podania uczonych ubiegających się o pracę tutaj. Wszystkie datowane były na 1953 r. W zbiorze dokumentów były też pisemne prośby pracowników o zwolnienie na ich własne życzenie. Sądząc po datach, od przyjęcia do zwolnienia mijało zwykle nie więcej niż miesiąc. Co mogło sprawić, że ludzie tak szybko zniechęcali się do pracy na wyspie? Wewnątrz pomieszczenia panował bałagan – najwyraźniej ostatni tubylcy opuścili wyspę w pośpiechu. A może wcale nie opuścili? Cały czas mieliśmy wrażenie, że nie jesteśmy tam sami…

Wychodzimy na powietrze i niedaleko od domów napotykamy na ziemianki – wykopane bardzo starannie. Erbol na nasze pełne pytań spojrzenia, wymamrotał przez zęby: „Mieszkali tu ludzie”. Opowiedział, że swego czasu na wyspie pracowali więźniowie i to oni żyli w ziemiankach, a kierownictwo nie dbało, aby mieli dogodniejsze warunki. Odpowiedź na pytanie, dlaczego pracowali tam więźniowie pojawiła się niebawem.

Po chwili dostrzegamy pas startowy ewidentnie przeznaczony dla samolotów transportowych. Widać także parę dobrze zachowanych anten. Po co tu taka infrastruktura? Z pewnością nie do transportowania kułanów.

Naszą uwagę przykuł jeszcze jeden obiekt. Chodzi o wzniesienie kształtem przypominające gigantyczny talerz. Tak jakby ktoś cyrklem wyznaczył na ziemi idealny okrąg. Chodziliśmy po nim, ale towarzyszyło temu odczucie, jakbyśmy stąpali po „innej” glebie. Wydawało się, jakby pod naszymi stopami znajdowała się jakaś struktura uchodząca jeszcze niżej pod ziemię. Być może znajduje się tam wejście do podziemnego bunkra, gdzie mogły istnieć sekretne laboratoria? Nie było możliwości, by to sprawdzić – przewodnik dostrzegając nasze zainteresowanie, zaczął usilnie nalegać, aby oddalić się w inne miejsce.

Podążając za nim docieramy na… cmentarz, na którym dostrzec można także całkiem świeże mogiły. Jeśli wcześniej chowano tu ludzi pracujących na miejscu, to kto może być pochowany obecnie na wyspie znajdującej się setki kilometrów od miejsc zamieszkanych przez ludzi? Tylko na jednym krzyżu wisiała tabliczka z imieniem i nazwiskiem człowieka, który, jak wyjaśniło się później, swego czasu pracował naukowo na wyspie. W ostatnich latach mieszkał w Londynie gdzie zmarł, ale zawczasu zażyczył sobie, aby jego ciało złożono na Barsakelmesie.

Docierając na wyspę zdołaliśmy jedynie otrzeć się o jej tajemnice skrywane latami. Mieliśmy nadzieję otrzymać więcej informacji od ludzi, którzy tu kiedyś pracowali.

Archiwum X 

Siergiej Łukjanienko
pisarz

– Barsakelmes – smutne miejsce, ale niczego specjalnego tam nie ma. W czasach sowieckich krążyło mnóstwo legend o żyjących tam pragadach i zielonych ludzikach. A wszystko zaczęło się, gdy w latach 50-tych kazachska gazeta „Leninskaja smiena” opublikowała sensacyjny artykuł o „latającym gadzie” widzianym na wyspie. Przyczyna napisania tego tekstu była banalna – autor chciał podnieść sprzedaż gazety. Dzięki temu Barsakelmes stał się jednym z najbardziej tajemniczych miejsc na planecie. Ja także przyłożyłem rękę do powstania tajemniczego wizerunku wyspy. Kiedyś zwróciła się do mnie grupa moskiewskich ufologów z prośbą o opowiedzenie im o zagadkowym Barsakelmesie. Zebrałem kilka legend i opowieści o diabelskich zjawiskach, które tam się dzieją. Wieńczyły to listy tamtejszych rybaków. 1 kwietnia odesłałem im materiał. Wzięli oni to oczywiście na poważne. Rzeczywistość jest – jak mniemam – zupełnie inna. To martwe miejsce, jakich na naszej ziemi niemało.

Panuje powszechne przekonanie, że wyspa celowo chroniona jest przed wzrokiem wścibskich oczu, ponieważ skrywa jakieś sekrety. Nie są one raczej związane z przybyszami z kosmosu lub fenomenami czasowymi, o czym głoszą legendy. Badacz Michaił Antonow przez długi czas starał się rozwikłać tajemnice Barsekelmesu:

„Pewien profesor w podeszłym wieku, po zakończeniu jednej z dużych konferencji naukowych, opowiedział mi coś interesującego” – mówi Antonow. – Niedaleko Barsakelmesa, na Wyspie Odrodzenia, prowadził badania nad bronią biologiczną. Jednak mało kto wie, że próby takie przeprowadzano także na Barsakelmesie. Udało mi się dotrzeć do relacji świadczących o makabrycznych eksperymentach. Przykładowo, uczeni zarażali ludzkie włosy niebezpiecznymi wirusami a następnie przeszczepiali je. Na wyspę dowożono skazańców, nad którymi przelatywał samolot rozpylający tę piekielną masę nad ich głowami. Poza tym, jak mówił mi ten naukowiec, prowadzono tam też badania nad trędowatymi”.

Bliskość Wyspy Odrodzenia to bardzo istotny fakt dla badaczy tajemnic Barsakelmesa. Oddalone są one od siebie o 60 km. Wiadomo, że w połowie zeszłego wieku na Wyspie Odrodzenia zaczął funkcjonować poligon eksperymentalny, gdzie, podobnie jak na Barsakelmesie prowadzono próby rozpylania broni biologicznej mającej na celu wywoływanie takich chorób jak dżuma, tularemia, bruceloza (ostre bakteryjne choroby zakaźne) i innych. Oficjalnie eksperymentowano na zwierzętach – szczurach, świnkach morskich, koniach a nawet pawianach. Poligon przestał funkcjonować w 1992 r.

– Tylko proszę, nie piszcie o „zielonych ludzikach” – powiedziała nam zastępczyni dyrektora Barsakelmeskiego Państwowego Rezerwatu, Zauresz Alimbetowa. – Przez lata, które tu przepracowałam, nie spotkałam tam nikogo poza zwierzętami. Nie napotkałam żadnych przeszkód i bez problemu wracałam z wyspy.

Na nasze pytanie, dlaczego ludzie tak rzadko wypuszczają się na Barsakelmes, Alimbetowa odpowiada, że powodem jest ochrona rzadkich gatunków roślin oraz zwierząt, które często padają łupem kłusowników. Jednak podczas naszej ekspedycji nie widzieliśmy (nawet przez lornetkę) żadnego kułana, dżejrana (gatunku gazeli) czy dzika.

Oznacza to, że w czasach sowieckich Basrakelmes miał specjalne przeznaczenie – analogiczne do amerykańskiej „Strefy 51”, gdzie mają wstęp nieliczni i gdzie według wielu doniesień, prowadzi się sekretne badania. Jeśli tak, to relacje naocznych świadków o dziwnych zwierzętach mogą nie być aż tak dalekie od prawdy.

Źródło: www.infra.org.pl

Autor: S. Kriwoszejew
ŹródłoItogi.ru / nr 49/2008 ( 651)
Graf. w nagłówku: T. Szewczenko, Namioty na Barsakelmesie (1848) / DP

 

Kategorie: Tajemnicze Miejsca

Zostaw komentarz


*

code


  • Facebook

Szukaj temat