Zagadkowe zaginięcie Fredericka Valenticha

Napisane przez Amon w Styczeń - 27 - 2017

21 października 1978 roku, przestrzeń powietrzna nad Cieśniną Bassa, Australia.
Młodemu Frederickowi powoli mijała ekscytacja z samodzielnego pilotowania samolotu. Od niedawna zaczął traktować latanie, jako środek transportu z punktu A do punktu B. A przecież pozwolenie na latanie odebrał niecałe dwa lata wcześniej. Od pięciu miesięcy mógł nawet latać w nocy. Całkiem nieźle jak na 20-latka. Czy pilotowanie samolotu na starość znudzi mu się już całkowicie? O tym zapewne nie zdąży się już przekonać.

Kiedy 21 października przybył na lotnisko Moorabbin pod Melbourne przywitał się ze znającą go już obsługą lotniska i wyruszył w drogę na wyspę King. Powód? Prozaiczny – przewiezienie transportu langust do celów spożywczych. Robota, jak każda inna. Pogoda była wyśmienita, ciepło, delikatny wiaterek – wymarzone warunki do lotu. Po zatankowaniu samolotu model Cessna 182-L, precyzyjnie o godzinie 18:19 wystartował w kierunku wyspy. Spokojnie przeleciał nad przylądkiem Otway i zajmował się podziwianiem malowniczych zatok oraz wysepek z pokładu samolotu. Nagle, o godzinie 19:06, Frederick Valentich nieoczekiwanie połączył się z kontrolą lotów. Zadał pytanie, które otwierało jedną z najbardziej tajemniczych zagadek w historii lotnictwa.
– Melbourne, tu Delta Sierra Juliet (oznaczenie samolotu Valenticha – przyp. aut.). Czy wiadomo coś o lotach poniżej pięciu tysięcy stóp?
– Delta Sierra Juliet, nic nie wiadomo o takich lotach.
– Wygląda na to, że jest duży samolot poniżej pięciu tysięcy. – odpowiedział Valentich.
O jaki samolot mu chodziło? Nie potrafił tego doprecyzować. Stwierdził jedynie, że widzi zagadkowe światła, które wyglądają jak te używane do lądowania. Poza tym, jego powłoka była metaliczna, a cały obiekt miał zieloną poświatę. To przywodziło mu jednoznaczne skojarzenie:
– Czy w tej okolicy znajduje się jakiś samolot wojskowy?
– Delta Sierra Juliet, nie wiemy nic o samolocie wojskowym w okolicy. – odpowiedział operator.
– Wygląda, że on się ze mną bawi, przeleciał nade mną dwa, trzy razy z szybkością, której nie jestem w stanie ocenić.
– Delta Sierra Juliet, zrozumiałem, na jakiej jesteś wysokości?
– Moja wysokość cztery i pół tysiąca stóp, cztery pięć zero zero.
– Delta Sierra Juliet i potwierdzasz, że nie umiesz zidentyfikować samolotu?
– Potwierdzam.
Wg relacji, Valentich próbował mu się przyglądać, ale nie był w stanie w pełni określić jego kształtu i typu. Aż w pewnym momencie wygłosił bardzo zagadkowe zdanie: „Melbourne, Delta Sierra Juliet, to nie jest samolot, to jest… (mikrofon włączony przez dwie sekundy).” To dziwne, ale jeszcze bardziej tajemnicze jest to, że za chwilę, wg relacji pilota, obiekt stał się zupełnie nieruchomy. Tak, jakby nagle zatrzymał się w powietrzu. A później – zniknął… I znowu się pojawił! Tym razem od południowego zachodu. Aż przepychankę z dziwnym obiektem przerywa ostatni dialog pilota z operatorem:
– Ten dziwny samolot zawisł teraz nade mną… (mikrofon włączony przez dwie sekundy)… to wisi nieruchomo i to nie jest samolot.
– Delta Sierra Juliet! – próbował wywołać pilota operator.
– Melbourne… (mikrofon włączony przez siedemnaście sekund… seria niewytłumaczalnych metalicznych dźwięków).
Tak zakończyła się komunikacja pomiędzy pilotem i kontrolą lotów.

32 sekundy po zakończeniu rozmowy ogłoszono alarm. Valentich nigdy nie pojawił się na lotnisku na wyspie King, jego samolot również nie wylądował na pobliskich lądowiskach. Trasa lotu została dokładnie przeczesana przez samoloty rozpoznawcze, ale wraku również nie odnaleziono. Jedynym śladem była plama paliwa na powierzchni morza w miejscu, gdzie po raz ostatni operator usłyszał pilota. Ale najdziwniejsze jest to, że nie było to paliwo lotnicze. Skąd się więc tam wzięło? Tego również nigdy nie ustalono.

Cessna, którą latał Valentich miała na wyposażeniu zbiorniki powietrzne, dzięki którym nawet po ostrym wodowaniu unosiłaby się przez jakiś czas na wodzie. Jeśli jednak by zatonęła to samolot miał automatyczny nadajnik radiowy, który informowałby o położeniu samolotu nawet gdyby znajdował się na dużej głębokości. Po samolocie jednak nie było śladu, dlatego komisja badająca wypadek oznajmiła, że „przyczyn zaginięcia samolotu i pilota nie udało się ustalić”, a także, że „prawdopodobnie zakończył się śmiercią” Valenticha.

Ojciec Valenticha ze zdjęciem syna


Takie zakończenie sprawy tak naprawdę otworzyło ją dla wszystkich zwolenników niekonwencjonalnych wyjaśnień. Najważniejszym dowodem dla nich były niewytłumaczalne dźwięki, które było słychać na końcu połączenia. Porównywano je do tarcia metalu o metal. Trwały aż 17 sekund, a więc nie mogły pochodzić z uderzenia o wodę lub inną przeszkodę. Taśmy były badane przez kolejne ośrodki naukowe i uniwersytety, jednak nigdy nie udało się ustalić czym tak naprawdę były.

Niemal od razu zaczęli zgłaszać się domniemani świadkowie, którzy tego dnia widzieli niezidentyfikowane obiekty latające (UFO). 20 zgłoszeń dotyczyło opisywało je podobnie, jak widział to Fredrick Valentich, czyli miała być to zielona łuna światła pochodząca z metalicznego obiektu. Ojciec pilota przekazał również, iż syn sam był zapalonym ufologiem, ale mocno stąpającym po ziemi, więc wykluczył zmyślenie historii przez syna. To tylko dolało oliwy do ognia. Być może była to zemsta „Obcych” za ich wytropienie? Później ojciec przyznał, że wolałby, aby syn został porwany przez UFO, niż zginął w katastrofie lotniczej.

Zwolennicy bardziej konwencjonalnych wyjaśnień sugerowali, że samolot Valenticha został zatankowany „pod kurek”, więc umożliwiłoby mu to jeszcze co najmniej 800 km swobodnego lotu. Być może więc chciał „uatrakcyjnić” własną ucieczkę? Przed czym uciekał? Niektórzy twierdzili, że był członkiem kartelu narkotykowego, który „podpadł” swoim szefom. Tę tezę uwiarygadniałoby anonimowe (ale niepotwierdzone) zgłoszenie, że podobny samolot wylądował gdzieś blisko przylądka Otway. Inni twierdzą, że samolotu w ogóle tam nie było, ponieważ ani jeden radar nie namierzył go na tej trasie, mimo świetnych warunków pogodowych. Jeszcze następni są przekonani, że samolot faktycznie rozbił się o taflę morza, którego silne prądy od razu zaniosły go w inne miejsce.

Jest tylko jeden problem – żadna z powyższych teorii nie została do tej pory jednoznacznie potwierdzona.

Źródła:
– Końcowy raport dochodzenia ws. wypadku lotniczego nr V116/783/1047,
– Mark Russell, „Victoria’s own X-File unsolved 30 years on”, 2008r.
– Wikipedia.org, „Zaginięcie Valenticha”, dostęp październik 2013r.
– Paul Norman, „The Frederick Valentich Disappearance”, 1996r.


Ostanie słowa pilota F. Valenticha – to wisi nieruchomo i to nie jest samolot!


Zostaw komentarz


*

code


  • Facebook

Szukaj temat