W zachodniej tradycji mądrościowej powraca temat zapomnienia przez ludzkość o sobie. Znajdujemy go na przykład u Platona, w Corpus Hermeticum, w Pocieszeniu filozoficznym Boecjusza i w tekstach gnostyckich, takich jak Hymn o perle. To zapomnienie o sobie jest zapomnieniem o naszym duchowym pochodzeniu i o tym, że ludzka natura ma transcendentne źródło. Osoba, z którą zwykle się identyfikujemy, nie jest całością tego, kim jesteśmy. Ta całość zawiera duchowe jądro, którego w większości nie jesteśmy świadomi, a które jednak stanowi fundament naszej istoty, a nasz związek z nim jest sekretem prawdziwego szczęścia.

Tradycje mądrościowe zarówno Zachodu, jak i Wschodu od zawsze starają się zaszczepić świadomość tego duchowego jądra, aby przeciwdziałać tendencji ludzi wszystkich epok kulturowych do zapominania i zaniedbywania naszych duchowych korzeni. Jednak to, czym różnimy się dzisiaj od kultur z przeszłości, to fakt, że nie tylko cierpimy z powodu zapomnienia, które jest częścią ludzkiej kondycji, ale także nie zwracamy uwagi na tradycje mądrościowe, które starają się pobudzić nas do pamięci. Zamiast tego, cała tendencja współczesnej kultury zmierza w kierunku rozproszenia, fragmentacji i rozproszenia świadomości. Rewolucja cyfrowa doprowadziła tę tendencję do skrajności, do tego stopnia, że gdybyśmy celowo postanowili zaprojektować technologie, które wywoływałyby rozproszenie i zapomnienie o sobie, przed którymi tradycyjna duchowość zawsze starała się nas uchronić, to trudno byłoby zrobić to lepiej. To z kolei doprowadziło do tego, że wielu z nas nie zauważa, jak żrący może być ten rozwój dla podstawowego ludzkiego zadania, jakim jest pamiętanie o całości tego, kim jesteśmy.

Ale oprócz wywoływania rozproszenia uwagi i zapominania o sobie, nasze technologie są nośnikami czegoś innego, potencjalnie o wiele bardziej szkodliwego dla naszego dobrego samopoczucia.

Nieludzkie

Pod koniec swojego życia postmodernistyczny myśliciel Jean-François Lyotard sformułował pytanie, które prześladuje czasy, w których żyjemy. Czai się ono pod powierzchnią naszej świadomości, dla większości z nas niewyartykułowane i z tego powodu tym bardziej groźne. Lyotard miał na tyle wrażliwości, by zrozumieć jego głębokie znaczenie, a co za tym idzie, potrzebę podniesienia go do świadomości. Pytanie, które sformułował, brzmi następująco: Co by się stało, gdyby to, co „właściwe” ludzkości, zostało zasiedlone przez to, co nieludzkie?

Przez „nieludzkie” należy rozumieć to, co jest z istoty wrogie człowiekowi. Lyotard wyróżnił dwa rodzaje „nieludzkiego” – jednym z nich jest nieludzkość naszych systemów społecznych, politycznych i ekonomicznych. Drugim jest „nieskończenie tajemnicza” nieludzkość, która wdziera się do duszy i czyni ją zakładnikiem. To właśnie ten drugi rodzaj nieludzkości jest bardziej podstępny i to właśnie on, w miarę jak nasza relacja z naszymi urządzeniami cyfrowymi staje się coraz bardziej intymna, stanowi dla nas największe niebezpieczeństwo. To, co nieludzkie, jest bowiem niesione ku nam przez nasze technologie. O ile możemy się wycofać i krytykować nieludzkość systemów społecznych, politycznych i ekonomicznych, w których żyjemy, o tyle nasza osobista podatność na wnikanie nieludzkiego stawia nas w o wiele większym niebezpieczeństwie. Podatność ta została wykorzystana przez kierunek, jaki obrały nasze technologie cyfrowe, niezachwianie zmierzające w kierunku umieszczenia się w sferze tego, co ludzkie. W miarę jak ewoluowały, dostosowywały się zarówno do ludzkiego ciała, jak i do ludzkiej duszy, stając się fizycznie mniejsze i lżejsze, a jednocześnie potężniejsze i sprawniejsze.

Pierwsze komputery były tak duże, że aby je obsługiwać, musieliśmy stać przed nimi lub obchodzić je dookoła. Wraz z wynalezieniem komputerów stacjonarnych, możliwe stało się siedzenie przed nimi i obcowanie z nimi, niejako twarzą w twarz. Następnie możliwe stało się włożenie komputerów do kieszeni, a obecnie, dzięki smartwatchom i okularom, możliwe jest ich noszenie.

Na każdym etapie interfejs między nimi a nami stawał się coraz bardziej „przyjazny dla człowieka”, a jednocześnie ludzie przystosowywali się wewnętrznie do obcowania z nimi na co dzień, godzina po godzinie, a nawet minuta po minucie.

Podczas gdy komputer dopasowywał się do konturów ludzkiego ciała i duszy, życie wewnętrzne człowieka powoli, lecz nieubłaganie kształtowało się w kierunku większego stopnia kompatybilności z komputerem – dotyczyło to naszego języka, naszych procesów myślowych i naszych codziennych nawyków. W tej rozwijającej się symbiozie, w której coraz bardziej splatamy się z komputerem, stajemy się również coraz bardziej od niego zależni. Biologiczna integracja jest już niedaleko. Jest to logiczny następny krok.

Dlatego jest niezwykle ważne, abyśmy otworzyli oczy na fakt, że chociaż to ludzie są wynalazcami, producentami i zagorzałymi konsumentami technologii cyfrowych, to siła napędowa rewolucji cyfrowej nie jest po prostu ludzka: to, co nieludzkie, stara się również urzeczywistnić w tym, co ludzkie.

Jak mamy scharakteryzować to widmo nieludzkości? Istoty ludzkie zawsze miały tendencję do oddalania się od swojej zasadniczej natury. Dla ludzkości przedindustrialnej niebezpieczeństwo to było pojmowane w kategoriach naszego zejścia na poziom zwierzęcy czy bestialski, w niewolę naszych nieprzekształconych instynktownych popędów i namiętności. Można powiedzieć, że jest to zejście poniżej poziomu ludzkiego: zejście w sferę podludzką. W naszej epoce przemysłowej i postindustrialnej główne niebezpieczeństwo dla naszego człowieczeństwa leży mniej w uleganiu instynktom i namiętnościom, niż w uleganiu zimnej nieludzkości maszyny i nieczułemu, pozbawionemu współczucia algorytmowi. To jest popadnięcie w nieludzkość. Obie tendencje żyją w nas i obie działają na rzecz podważenia możliwości realizacji naszego prawdziwego ludzkiego potencjału, ale dziś to właśnie niebezpieczeństwa nieludzkości musimy się szczególnie wystrzegać. Jego celem jest całkowite wyparcie tego, co ludzkie, i z pewnością mu się to uda, jeśli nie zdołamy zakorzenić się w tym, co autentycznie ludzkie. Musimy obudzić się wobec perspektywy kolonizacji tego, co ludzkie, przez to, co nieludzkie, i z pełną świadomością powagi zagrożenia ze strony tego, co nieludzkie, świadomie podjąć wyzwanie życia po ludzku.

Żyć po ludzku

Co to znaczy żyć po ludzku? Jeśli całość tego, kim jesteśmy, zawiera w sobie duchowe jądro, którego w większości nie jesteśmy świadomi, to wynika z tego, że żyć po ludzku musi być życiem w większej świadomości tego jądra. Na nas spoczywa obowiązek wzmocnienia naszego poczucia, że to duchowe jądro jest naszym najgłębszym i najprawdziwszym „ja”, a zatem tą częścią nas, z którą powinniśmy starać się identyfikować. Wymaga to od nas zaangażowania się w żmudną pracę wewnętrznej przemiany, tak aby te pragnienia, skłonności i głęboko zakorzenione nawyki myślowe, które odciągają nas od tej istotnej pamięci, uległy powolnej zmianie i stały się wewnętrznie zestrojone z tym, co według tradycji mądrościowych jest prawdziwym centrum naszej istoty. Ten moralny wysiłek zwrócenia się ku duchowemu jądru tego, kim jesteśmy, i zakorzenienia się w nim wiąże się również ze zmianą jakości naszego myślenia. Zmiana ta polega na odejściu od myślenia zorientowanego na wynik, myślenia dyskursywnego, które biegnie od jednej myśli do drugiej, na rzecz przywiązywania większej wagi do bezruchu i otwartej receptywności aktu kontemplacji. Boecjusz daje piękny obraz poszukiwaczy prawdy, którzy muszą zagiąć swą wędrującą świadomość w koło i nauczyć swe dusze, by „zamieszkały w skarbcu” w jego centrum. Tam bowiem znajdą światło, silniejsze nawet od światła słonecznego, które oświeci ich umysły od wewnątrz.

Ten „zwrot kontemplacyjny” był zawsze uważany za fundament życia duchowego, ale dla nas ma on szczególne znaczenie w dzisiejszych czasach. Nasze technologie opierają się na automatyzacji logicznej analizy, kalkulacji i rozwiązywaniu problemów, są zasadniczo dyskursywne i zorientowane na wynik: są nadaktywne i zawsze dążą do osiągnięcia rezultatu. Kontemplacja natomiast zatrzymuje umysł: nie jest zorientowana na wynik, nie można jej zautomatyzować i można się nią zajmować tylko dla niej samej. Umożliwia nam wgląd w głębsze znaczenie rzeczy, o którym myślenie maszynowe nic nie wie. Te spostrzeżenia mogą wypływać ze świata wyobrażeniowego jako potężne archetypowe obrazy, ponieważ myślenie kontemplacyjne graniczy z wizją wyobrażeniową. Równie dobrze mogą one przybrać formę idei lub intuicji, które jak promienie światła oświetlają jakąś kwestię lub sytuację życiową z bardziej wszechstronnego punktu widzenia.

Kontemplacja jest często opisywana jako otwarcie wewnętrznego oka duszy. Jest ono określane jako „oko umysłu” lub „oko serca” i dzięki niemu stajemy się świadomi tego, co jest niewidoczne dla fizycznego oka. To bardziej wewnętrzne źródło poznania, które nie jest uwarunkowane nawykami myślowymi i poglądami, można by też opisać jako otwarcie „wewnętrznego ucha” duszy na głos sumienia. Może ono prowadzić nas ku poczuciu moralnej pewności co do tego, co powinniśmy, a czego nie powinniśmy robić, oraz ku ideałom, które mogą inspirować nasze działania.

Arystoteles twierdził, że działanie jest w pełni własne tylko wtedy, gdy „cofnęliśmy początek działania” do tej kontemplacyjnej części nas samych, zwanej nous, czyli „centrum duchowej inteligencji” w człowieku. Po cofnięciu się do tego źródła, działanie jest całkowicie wolne, ponieważ zostało wybrane z centrum, a nie z peryferii nas samych.

W zachodniej tradycji mądrościowej cechą definiującą każde działanie, które jest prawdziwie ludzkie, jest to, że jest ono wolne, właśnie dlatego, że wywodzi się z tego źródła. U Arystotelesa, Tomasza z Akwinu i Rudolfa Steinera znajdujemy powtórzenie tego istotnego dogmatu: nie możemy odpowiednio wyobrazić sobie, co to znaczy żyć po ludzku, jeśli wykluczymy wolność. Wolność należy do istoty ludzkiej natury. Nie oznacza to, że w każdej chwili dnia żyjemy w zgodzie z istotą nas samych. Wręcz przeciwnie! Problem polega jednak na tym, że nasze technologie cyfrowe, ze względu na ich tendencję do rozpraszania duszy, nie pomagają nam w tym. Wprowadzają raczej ciemny prąd, z którym musimy się nieustannie zmagać, jeśli chcemy sprowadzić źródło naszych działań do centrum nas samych.

Ten ruch z powrotem do centrum jest podstawą prawdziwej wolności. Nie jest ona nam podana na talerzu: trzeba ją wywalczyć. Aby stać się wolnym, musimy zaangażować się w pracę wewnętrznej przemiany, o której była mowa wcześniej, a która polega na przenikaniu codziennego „ja” i jego fantazji, obsesji i pragnień jasno określonymi celami, które wypływają z najgłębszego źródła tego, kim jesteśmy. W mistyce chrześcijańskiej ta wewnętrzna praca nazywana jest theosis, czyli „uczynienie boskim”. Inne słowo używane do jej opisania zostało ukute przez włoskiego poetę Dantego, który nazwał tę wewnętrzną pracę „transhumanizacją” (trasumanare). Czasownik „transhumanizować” dobrze wyraża fakt, że naszym głównym ludzkim dążeniem musi być przezwyciężenie samych siebie, tak abyśmy wyszli poza „jedynie ludzkie” życie przeżywane na peryferiach tego, kim jesteśmy. Znakiem naszych czasów jest to, że dziś „transhumanizm” jest materialistyczną ideologią, która dąży do technologicznego „ulepszenia” istoty ludzkiej. Współcześni transhumaniści nie rozumieją, że wyjście poza to, co jedynie ludzkie, można osiągnąć jedynie poprzez zakorzenienie się w tym, co transcendentne, a to wymaga oddanej pracy duszy, podtrzymywanej przez duchową dyscyplinę powrotu do nieruchomego punktu w centrum koła. Współczesny ruch transhumanistyczny, jako jedna z najbardziej wpływowych ideologii sterujących rewolucją cyfrową, pokazuje nam cenę, jaką grozi nam ta rewolucja. Cena ta polega na tym, że tracimy naszą zdolność do poznania znaczenia i celu życia duchowego, tracimy nawet naszą zdolność do zrozumienia języka, którym posługują się tradycje mądrościowe. I w końcu tracimy nasze człowieczeństwo, ponieważ, pokonani przez zbiorową amnezję dotyczącą tego, co oznacza realizacja naszego głębszego ludzkiego potencjału, ulegamy temu, co nieludzkie.

Wewnętrzność natury

Rewolucja cyfrowa, która zalała środowisko naturalne złożoną mieszanką sztucznie wytworzonych pól elektromagnetycznych, również płaci za naturę. W rezultacie nie tylko ludzie, ale wszystkie żywe organizmy są narażone na promieniowanie elektromagnetyczne na poziomie znacznie przekraczającym naturalne poziomy tła. Byłoby nierozsądne zakładać, że nie ma to żadnego negatywnego wpływu na dobrostan organizmów żywych i ekosystemów, do których należą. Rosnąca liczba badań wskazuje, że wiele organizmów jest bardzo wrażliwych na pola elektromagnetyczne, a zwiększenie ich ekspozycji na nie może mieć wyraźne negatywne skutki. Wydaje się, że należałoby przynajmniej rozszerzyć zakres pytania postawionego pierwotnie przez Lyotarda na przyrodę i zapytać:

„Co by było, gdyby to, co 'właściwe’ naturze, zostało zasiedlone przez to, co jest naturze wrogie? Co by było, gdyby żywy świat został przeniknięty przez siłę wrogą życiu?”.

Zachodnia tradycja mądrościowa od dawna uznaje dwa aspekty natury: widzialny i niewidzialny, lub przejawiony i nie przejawiony. Fizyczne formy, które postrzegamy w otaczającym nas świecie, powstają z niepostrzegalnych sił twórczych i formatywnych, które muszą być brane pod uwagę, jeśli chcemy pojmować rzeczy w ich całości. To właśnie te siły niosą energie życia, tak samo jak promieniowanie elektromagnetyczne, które im się przeciwstawia. Jednym z wyzwań, przed którymi dzisiaj stoimy, jest przezwyciężenie naszego zbiorowego odwrażliwienia na te subtelne siły życiowe.

Jednym z kroków w tym kierunku jest uwolnienie się od dominującej utylitarnej postawy wobec przyrody, która stawia na pierwszym miejscu gromadzenie i analizę danych oraz nieustanne poszukiwanie praktycznych rezultatów, ale jest zamknięta na wnętrze przyrody, tak jak zamknięta jest na wnętrze naszej duszy-życia. Potrzebny jest inny rodzaj świadomości – bardziej receptywny, otwarty i empatyczny. Goethe radził w odniesieniu do tego innego rodzaju świadomości:

Nasza uwaga musi być skupiona na wsłuchiwaniu się w naturę, na podsłuchiwaniu tajemnicy jej procesu.

Całe stworzenie mówi o transcendentnej duchowej inteligencji u swego źródła, jeśli tylko jesteśmy w stanie ją usłyszeć. Mistyczna droga do zjednoczenia z Bogiem od dawna była rozumiana jako prowadząca od pełnej miłości kontemplacji stworzeń do rozważania tej większej duchowej inteligencji, z której one pochodzą i od której one, tak jak i my, ostatecznie zależą. Dla istot ludzkich zapomnienie lub zaniedbanie tego związku natury z boskością jest równie poważnym uchybieniem, jak dla nas zapomnienie naszego związku z duchową inteligencją, która w nas mieszka. Mówiąc po chrześcijańsku, ten sam kosmiczny Logos żyje w samym sercu zarówno natury, jak i ludzkiej duszy.

Współczesne warunki bardzo utrudniają traktowanie takich perspektyw z powagą, na jaką zasługują. Wtargnięcie tego, co nieludzkie, pozwoliło umysłowi utylitarystycznemu uwolnić się od moralnych i duchowych ograniczeń, które niegdyś trzymały go w ryzach. Ale wraz z rozwojem przemysłu elektronicznego i dążeniem do stworzenia „inteligentnej planety”, wroga naturze siła wdziera się do jej serca. Taki rozwój wypadków sprawia, że przyroda staje się podatna na coraz większą technologizację, czego przykładem jest wytwarzanie całkowicie nowych organizmów syntetycznych za pomocą programów komputerowych. Innym przykładem jest projektowanie zdalnie sterowanych pszczół-robotów, które mają zastąpić malejącą liczbę żywych pszczół. Takie interwencje są tylko początkiem ogromnie ambitnego projektu przeprojektowania świata, aby zaspokoić wymagania bezwzględnie technologicznej świadomości, która utraciła wszelką łączność ze swoimi duchowymi korzeniami. Świadomość ta nie ma poczucia świętości życia, ani duchowej odpowiedzialności człowieka wobec przyrody.

Najważniejszym z tych obowiązków jest obowiązek poznania rzeczy w prawdzie ich istoty. Spośród wszystkich stworzeń na Ziemi tylko człowiek ma możliwość bezinteresownego wniknięcia w wewnętrzną naturę innego stworzenia, nie chcąc jej użyć lub wykorzystać dla własnych celów. Tylko my możemy z wyobraźnią i empatią wczuć się w istotę innej osoby i poprzez otwarcie wewnętrznego oka umysłu lub serca, mamy możliwość ujrzenia drugiej osoby w jej prawdzie. Jeśli potrafimy to regularnie praktykować, to możemy pomóc w budowaniu „duchowego ekosystemu”, który może zrównoważyć śmiertelny „ekosystem elektroniczny”, który obecnie jest tworzony, ponieważ nasz sposób poznania może wnieść do świata coś pozytywnego i wspierającego życie. Może to być akt iluminacji, który daje naturze dar naszego świadomego uznania jej świętej ziemi.

Człowiek i przyroda należą do siebie. Walka o przyszłość człowieka jest jednocześnie walką o przyszłość przyrody. Tak jak my zależymy od przyrody, aby przetrwać, tak też przyroda zależy od jakości naszego poznania i relacji, poprzez które możemy przynieść światu duchowe światło.


Opracował: Amon
www.strefa44.pl
0 Udostępnień

Zostaw komentarz


*

code


  • Facebook

Szukaj temat