• Trójkąt Bermudzki nie jest jedynym miejscem, w którym dochodzi do tajemniczych zaginięć
  • Inne “trójkąty” znajdują się na całym świecie
  • Większości zaginięć lub zgonów, do jakich doszło w tych miejscach, nigdy nie wyjaśniono

Diabelski cmentarz na Syberii

Pod tą nazwą kryje się mało znany i prawie niezbadany syberyjski “anomalny obszar” oddalony o kilka kilometrów od wsi Karamyszewo nad Kową, opisany m.in. przez polskiego podróżnika i badacza Ałtaju, Wojciecha Grzelaka (ur. 1961). Wspomina on, że jest to polana o średnicy ok. 250 metrów, charakteryzująca się wybitnie szkodliwym działaniem na żywe stworzenia.

Miejscowi unikali polany, którą od zalegających na niej szczątków zwierząt, jakie się tam zapędziły, nazwano “Diabelskim Cmentarzem”. Starsi mieszkańcy doskonale pamiętają wiele związanych z tym opowieści. Wojciech Grzelak pisze m.in. o zdarzeniu z 1930 r., kiedy od kołchozowego stada prowadzonego na rzeź do Bracka odłączyły się dwie krowy, które weszły na polanę i padły.

– Widziałem z daleka, że drzewa wokół były sczerniałe, a cała polana usłana kośćmi i czaszkami zwierząt – wspominał Iwan Jermakow, który z ojcem odwiedził to miejsce pod koniec lat 20. ub. wieku. – Zdaniem ojca, coś tu spadło z nieba i znajduje się pod ziemią. Wcześniej była w ziemi dziura, ale zasypały ją gałęzie i piasek naniesiony wiatrem – dodawał.

Zafascynowani tymi opowieściami badacze i poszukiwacze przygód próbowali zgłębić tę zagadkę. Wojciech Grzelak wspomina jednak, że zgodnie z opisami, w latach 50. polana z niewiadomych przyczyn zmieniła się – kształtem przypominała literę “L” i miała jakby “zwapnioną” porosłą barwnym mchem powierzchnię. Pojawiły się nawet pogłoski, że Diabelski Cmentarz przestał zabijać.

W książce “Ziemia szamanów” (wyd. 2014) Grzelak wspomina, że ponad 70 ludzi przepadło bez wieści próbując zbadać ten fenomen. Nieco światła na to, co się tam dzieje rzuciła relacja niejakiego Aleksandra Rempela z Władywostoku, który twierdził, że w 1991 r. jego ekipa wykryła tam niezwykle silne pole elektromagnetyczne, a badacze padli ofiarą dziwacznych efektów psychofizycznych, z koszmarnymi snami włącznie.

Trójkąt Vermoncki obok szczytu Glastenbury

Historie zaginięć w Trójkącie Vermonckim elektryzowały amerykańską opinię publiczną po II wojnie światowej. W ciągu pięciu lat, począwszy od końca 1945 r., zaginęło tam bez wieści kilkoro ludzi. Kontrowersyjność sprawy wzmacniał fakt, że w kilku przypadkach rezultatu nie przyniosły zakrojone na szeroką skalę akcje poszukiwawcze, zaś okoliczności samych zaginięć były “co najmniej” dziwne.

Incydenty ogniskowały się w sąsiedztwie szczytu Glastenbury w paśmie Gór Zielonych, w hr. Bennington (stan Vermont) – w okolicy popularnej wśród turystów. Pierwszą ofiarą był 74-letni, doskonale znający teren Middie Rivers, który z czterema kolegami w listopadzie 1945 r. wybrał się na ryby. W drodze powrotnej Rivers wyprzedził ich o kawałek i… przepadł. Poszukiwania trwały miesiąc, ale nie przyniosły rezultatu. Kolejną zaginioną była uczennica Paula J. Welden (ur. 1928) – córka lokalnego notabla, która 1 grudnia tego samego roku wyszła na spacer i już nie wróciła. W poszukiwania zaangażowano FBI i pół tysiąca ochotników; wykorzystano też psy tropiące i śmigłowce.

Trzy lata po zaginięciu panny Welden przepadł bez wieści James E. Tetford, którego ostatni raz widziano na przystanku autobusowym. Znacznie bardziej niepokojący był przypadek 8-letniego Paula Jepsona. 12 października 1950 r. chłopiec zniknął z siedzenia samochodu, gdzie na chwilę pozostawiła go matka. Policyjne psy straciły trop na przecięciu ulic na zachód od Glastenbury…

Dwa tygodnie później 53-letnia Freida Langer, obozująca na zboczu góry, zniknęła w biały dzień w drodze do namiotu. Lokalne władze, chcąc przeciąć nić dziennikarskich spekulacji o związkach między zaginięciami, postanowiły znaleźć kobietę za wszelką cenę. Nie szczędzono środków, jednak akcję zakończono 11 listopada. Przypadek Langer okazał się jedynym, w którym odnaleziono ciało zaginionej osoby. W maju następnego roku na jej zwłoki natrafiono w pobliżu zbiornika Somerset. Zdaniem śledczych nie było możliwe, by nie zauważono ich podczas akcji poszukiwawczej.

Lokalni dziennikarze, którzy zajmowali się zagadką Trójkąta Vermonckiego, poszerzyli listę jego ofiar. Znaleźli się na niej m.in. trzej myśliwi, którzy zniknęli w 1948 r. Pisarz Joseph A. Citro ustalił z kolei, że góra Glastenbury uznawana była przez miejscowych Indian za obszar przeklęty. Pojawiła się też alternatywa dla paranormalnych wyjaśnień zaginięć – hipoteza o zabójcy-kidnaperze, który po 1950 r. zmarł lub został schwytany i dlatego ludzie przestali znikać…

Przełęcz Diatłowa

23 stycznia 1959 r. grupa doświadczonych w górskich eskapadach studentów Uralskiego Instytutu Politechnicznego w Swierdłowsku wyruszyła na wyprawę na górę Otorten. Dowodzili nimi 23-letni Igor A. Diatłow oraz przewodnik Siemion A. Zołotariow. 12 lutego, po zejściu do wioski Wiżaj, mieli oni nadać do akademickiego klubu telegram o zakończeniu wyprawy. Ponieważ tego nie uczynili, 20 lutego na poszukiwania wysłano grupę ratowników i ochotników. Sześć dni później, na stoku sąsiedniej góry Chołatczachl znaleziono rozcięty od środka namiot ekipy Diatłowa. Wyglądało na to, że młodzi ludzie z niego uciekli (część boso), nie zabierając ze sobą nic.

Wkrótce, na półtorakilometrowym odcinku przełęczy, między obozem a pobliskim lasem, znaleziono pięć ciał, w tym Diatłowa. Pod dużą sosną natrafiono na ślady ogniska, a połamane na wysokości ok. pięciu metrów gałęzie sugerowały, że ktoś z grupy wszedł na drzewo, by zerknąć w stronę namiotu. W maju znaleziono cztery kolejne ciała noszące cięższe obrażenia. Ludmiła A. Dubinina miała połamane żebra i przebite płuco, brakowało jej też języka; Zołotariow miał również połamane żebra wskutek silnego uderzenia w klatkę piersiową; podobnie było z Nikołajem W. Tibo-Brinolem, u którego doszło też do pęknięcia podstawy czaszki.

Tragedia studentów nie przeszła w ZSRR bez echa, choć wiele faktów ujawniono dopiero po latach. Wśród nich było to, iż ubrania niektórych ofiar były silnie napromieniowane. Do dziś spekuluje się, co się wówczas stało. Zgodnie z relacją wspinaczy, którzy tamtej feralnej nocy znajdowali się niedaleko grupy Diatłowa, nad górami widać było zagadkowe “pomarańczowe kule”. To samo mieli potwierdzić śledczemu Karatejewowi okoliczni Mansowie.

Co ciekawe, Chołatczachl w języku mansyjskim oznacza “Umarłą Górę”. Dla autochtonów jest to miejsce zakazane, otoczone złą sławą, gdzie – według legendy – zaginęła bez wieści grupa mężczyzn. Badacz tej sprawy, Anatolij I. Guszczin trafił na ślad innej historii, która rzekomo zdarzyła się na Chołatczachlu kilka lat po tragedii grupy Diatłowa. Zgodnie z nią, niejaki Poliakow – członek ekipy badawczej, doznał nagłego ataku paniki, wskutek czego ukrył się w obozie. Kiedy się otrząsnął odkrył, że jego koledzy nie żyją – kierownik wyprawy leżał twarzą do ziemi z bronią w ręku, a obok innego zabitego płonął namiot. Sprawę zatuszowano, a w aktach jako przyczynę śmierci badaczy podano… zepsute konserwy.

Inna historia przypominająca to, co przydarzyło się studentom ze Swierdłowska rozegrała się latem 1972 r. w Alakit w Jakucji, gdzie zaginęła grupa geologów. Okazało się, że z niewyjaśnionych przyczyn rozpruli oni namiot i uciekli w dzicz. Ich ciała znaleziono w odległości 2-3 km od obozowiska. Nie nosiły zewnętrznych śladów obrażeń.

Trójkąt Bermudzki

Najbardziej znana ze wszystkich “stref anomalnych”, w których dochodziło do tajemniczych zaginięć, rozciąga się między Bermudami, koniuszkiem Florydy, a wschodnim krańcem Portoryko. Trójkąt Bermudzki nie ma jednak określonych granic, jego nazwa nie figuruje w wykazach US Navy i nie obejmuje go nawet lista obszarów niebezpiecznych dla żeglugi autorstwa WWF. Brak nowych przypadków sprawia jednak, że na temat ten spogląda się dziś jak na współczesną legendę, co przez lata próbował udowodnić pisarz i pilot Larry Kusche (ur. 1940). Mimo to warto pamiętać, że (obok licznych incydentów na morzu) w Trójkącie Bermudzkim tuż po wojnie doszło do serii zaginięć samolotów, która po dziś dzień pozostaje zagadką.

Największa tajemnica otacza zniknięcie pięciu TBF Avenger, które 5 grudnia 1945 r. wyleciały z bazy Fort Lauderdale (Floryda) na lot treningowy. Po utracie kontaktu z maszynami zaalarmowano znajdujące się w pobliżu jednostki, a na akcję poszukiwawczą wysłano samolot PBM-5, który ok. 19:30 przekazał ostatni komunikat i… również przepadł. Jednego dnia nad zachodnimi krańcami Trójkąta Bermudzkiego zniknęło zatem sześć wojskowych samolotów z 27 pasażerami na pokładzie. Mimo żmudnego i długiego śledztwa, losy tych ludzi pozostają nieznane.

30 września 1948 r. rozpoczęła się kolejna seria tragedii, która przyczyniła się do rozwoju czarnej legendy Trójkąta Bermudzkiego. Kierujący się na Bermudy BSAA Star Tiger z 36 osobami na pokładzie zaginął bez śladu nad Atlantykiem. 28 grudnia tego samego roku, podczas końcówki lotu z San Juan do Miami, przy dobrych warunkach pogodowych, zaginął należący do Airborne Transport samolot z 29 pasażerami. 20 dni później zniknął BSAA Star Ariel z 20 osobami na pokładzie, lecący z Bermudów na Jamajkę.

Azjatyckie strefy anomalne

We Wschodniej Azji istnieją dwa morskie obszary, z którymi wiążą się mroczne opowieści. Pierwszy (o bliżej niesprecyzowanych granicach), zwany Diabelskim Morzem lub Smoczym Trójkątem, leży ok. 100 km na południe od Tokio. Zdaniem Charlesa Berlitza (1914-2003) – amerykańskiego lingwisty, pisarza i specjalisty od Trójkąta Bermudzkiego, na Diabelskim Morzu w samej pierwszej połowie lat 50. ub. wieku zatonęło kilka japońskich statków z łączną liczbą ok. 700 pasażerów. Los taki spotkał m.in. okręt badawczy Kaiyō Maru nr 5 z 31 osobami na pokładzie, choć w tym konkretnym przypadku za katastrofę odpowiedzialny był wybuch wulkanu Myōjin Shō. Drugi obszar, gdzie dochodzi do częstych tragedii leży wokół Peskadorów – od dawna uznawanych za “morskie cmentarzysko”. Ich zła legenda odżyła w 2002 r., kiedy na północ od archipelagu doszło do katastrofy chińskiego samolotu pasażerskiego.

W tamtej części świata miejsca, gdzie ludzie znikają bez śladu istnieją też na lądzie. Zalicza się do nich Dolina Czarnego Bambusa (Heizhu) w chińskiej prowincji Syczuan – znana z mgieł, dziewiczej przyrody oraz złej sławy. Jak pisze w książce “Światy Równoległe” (wyd. 2001) rosyjski badacz zjawisk paranormalnych, Wadim A. Czernobrow (ur. 1965), w marcu 1996 r. zaginęła tam grupa wojskowych kartografów. 10 lat później nie wróciła część innej ekspedycji, choć ci, którzy pozostali przy życiu wspominali o mgłach i utracie poczucia czasu. Wysłani na miejsce uczeni z Chińskiej Akademii Nauk zaginionych nie znaleźli, ale odkryli w dolinie wysokie stężenie toksycznych substancji powstających wskutek rozkładu roślin…

Źródło: www.facet.onet.pl