Wszyscy jesteśmy gotowani we wspólnej zupie

Napisane przez Amon w wrzesień - 21 - 2021


Jedną z powtarzających się form myślowych, którą słyszę wszędzie w tych apokaliptycznych czasach jest: „Wszyscy jesteśmy w tym razem”. Ironią jest to, że „wszyscy jesteśmy w tym razem”, a jednak nasz świat nie czuje się w żaden sposób razem, ponieważ jest w niesamowicie spolaryzowanym i zdysocjowanym stanie. Nasz gatunek cierpi na to, co Jung nazywa „chorobą dysocjacji”, która jest stanem fragmentacji głęboko wewnątrz samej nieświadomości, która pozornie wylewa się poza nasze mózgi i, poprzez siły psychiczne poza naszą świadomość, przybiera formę polaryzujących wydarzeń zbiorowych odgrywających się masowo na światowej scenie. Nasza dysocjacja nie jest jednak wyłącznie patologiczna, ale jest wyrazem głębszego, holistycznego procesu, który właśnie się ujawnia. Cytując Junga, „choroba dysocjacji w naszym świecie jest jednocześnie procesem zdrowienia, lub raczej punktem kulminacyjnym okresu ciąży, który zwiastuje narodziny. Czas dysocjacji (…) jest jednocześnie wiekiem odrodzenia”.

Ilekroć słyszę „Wszyscy jesteśmy w tym razem”, przypomina mi się niesamowity akapit, który Jung napisał w późnych latach 50-tych, a który jest tak samo aktualny dzisiaj, jak wtedy. Oto fragment: „Jesteśmy w zupie, która zostanie dla nas ugotowana, niezależnie od tego, czy twierdzimy, że ją wymyśliliśmy, czy nie…. Grozi nam powszechne ludobójstwo, jeśli nie potrafimy wypracować drogi zbawienia przez śmierć symboliczną.” Innymi słowy, jesteśmy skazani na nieświadomą śmierć „dosłowną”, jeśli nie przejdziemy świadomie przez śmierć „symboliczną”. Co Jung chce przez to powiedzieć?

Wszyscy jesteśmy w tej zupie razem, a jednak cierpimy na chorobę dysocjacji i musimy przejść przez doświadczenie śmierci symbolicznej, podczas gdy inna część nas odradza się na nowo! Co tu się dzieje? Czy to, co dzieje się w naszym świecie to bezsensowny chaos, czy też dzieje się „coś głębszego”? Krótka odpowiedź: Nasz gatunek został wciągnięty w archetypowe doświadczenie śmierci/odrodzenia – w symbolicznym umieraniu części nas samych, która już nam nie służy, inna część nas się odradza. Jak zauważa Jung, „są czasy [i nasz wydaje się być jednym z nich], kiedy duch jest całkowicie zaciemniony, ponieważ musi się odrodzić”.

Możemy pogłębić nasze zrozumienie archetypowego procesu śmierci i odrodzenia, który przeżywamy, rzucając światło na prototypowy przykład śmierci i odrodzenia – tj. na Wcielenie. Kontemplacja dominującego na Zachodzie mitu o narodzinach Boga jako istoty ludzkiej – wydarzenia Chrystusa – pod względem psychologicznym, czyli symbolicznym, może pomóc nam uzyskać pewne kluczowe spostrzeżenia na temat głębszego archetypowego procesu, który zbiorowo, nieświadomie realizujemy na światowej scenie w tych prawdziwie apokaliptycznych czasach. Słowo „apokalipsa”, etymologicznie rzecz ujmując, odnosi się do czegoś wcześniej ukrytego, co zostaje odsłonięte i wydobyte na światło dzienne – innymi słowy, coś zostaje nam objawione w tych apokaliptycznych czasach. Podczas gdy w języku religijnym apokalipsa ma związek z Wcieleniem Boga i przyjściem Mesjasza, psychologicznie rzecz biorąc, „apokalipsa” oznacza doniosłe, wstrząsające światem wydarzenie przyjścia tego, co Jung nazywa „jaźnią” (całością naszej osobowości, tj. Bogiem wewnątrz) do świadomej realizacji. Jednak zamiast inkarnować się za pośrednictwem jednego człowieka, tak jak to uczynił Bóg ponad dwa tysiące lat temu poprzez indywidualną osobę Jezusa, bóstwo wciela się teraz poprzez nieświadomą psychikę całej ludzkości. „Bóg”, pisze Jung, „chce stać się człowiekiem”, a zamiast wybrać czyste, wolne od winy naczynie, Bóg wybrał, według słów Junga, „człowieka stworzonego, wypełnionego ciemnością – człowieka naturalnego, który jest skażony grzechem pierworodnym”.

W tym samym zdumiewającym akapicie Jung pisze: „Poprzez swoje dalsze wcielenie Bóg staje się dla człowieka przerażającym wyzwaniem, który musi teraz znaleźć sposoby i środki, aby zjednoczyć w sobie boskie przeciwieństwa. Jest on wezwany…. Chrystus pokazał, jak każdy będzie ukrzyżowany na swoim przeznaczeniu, tzn. na swoim ja, tak jak on był. On nie dźwigał swego krzyża i nie cierpiał ukrzyżowania po to, abyśmy my mogli uciec”. Innymi słowy, niezależnie od naszej zewnętrznej orientacji religijnej, każdy z nas jest skazany (czy tego chce, czy nie) na dźwiganie swojego krzyża – świadome noszenie swojego cienia i znoszenie napięcia przeciwieństw w nas – tak jak to czynił Chrystus. A jednak, coś, czego nie moglibyśmy stworzyć poprzez wysiłki naszego własnego ego, może potencjalnie wyłonić się jako rezultat świadomego znoszenia tego twórczego napięcia.

Będąc „wezwanym”, tak jak uzdrowiciel, szaman czy artysta, który jest wzywany przez swój wewnętrzny głos i święte powołanie, jesteśmy wezwani przez wyższą siłę. Kiedykolwiek archetyp Jaźni jest konstelowany, ze względu na przeciwieństwa nieodłącznie związane z naturą tego doświadczenia, nieodmiennie odczuwamy stan skrajnego konfliktu wewnątrz nas, który jest uosabiany przez chrześcijański symbol krzyża. Patrząc symbolicznie, Chrystus na krzyżu ukazuje nam, że rozwój i różnicowanie się świadomości prowadzi do coraz większej świadomości pierwotnego konfliktu w naszej duszy, który z konieczności wymaga ukrzyżowania ego.

Aby zrozumieć ten konflikt z psychologicznego punktu widzenia, można by powiedzieć, że nieświadomość pragnie dotrzeć do światła świadomości, a jednocześnie nieustannie się przed nim wzbrania, ponieważ wolałaby pozostać nieświadoma. W kategoriach teologicznych, cytując Junga, „Bóg chce stać się człowiekiem, ale nie do końca”.

Jaźń przejawia się – tzn. urzeczywistnia się w przestrzeni i czasie – poprzez świadome znoszenie konfliktu między przeciwieństwami do tego stopnia, że zaczynamy doświadczać ich syntezy i komplementarności. Jung komentuje: „Stan ukrzyżowania jest więc symbolicznym wyrażeniem stanu ekstremalnego konfliktu, w którym po prostu trzeba się poddać, kiedy już nic nie wiemy, kiedy prawie tracimy rozum. Z tego stanu wyrasta to, o co się naprawdę walczy… narodziny jaźni” To właśnie poprzez wewnętrzne doświadczenie tego, co symbolizuje historyczne ukrzyżowanie, rodzi się w nas boski, święty i tworzący całość duch.

Jung komentuje: „Nie należy unikać tego konfliktu poprzez ucieczkę w przedwczesny i oczekiwany stan odkupienia, w przeciwnym razie prowokuje się go w świecie zewnętrznym. A to jest diabelskie”. Jeśli nie zajmiemy się źródłem boskiego konfliktu w nas samych, będzie on rzutowany na zewnątrz nas samych i wyśniony w świecie zewnętrznym. Innymi słowy, unikając zajęcia się konfliktem w nas samych, nieświadomie współdziałamy z mrocznymi siłami śmierci i zniszczenia, które grają w świecie zewnętrznym.

Sama natura nie zatrzymuje się na stałe w konfrontacji z przeciwieństwami – raczej wykorzystuje je do stworzenia, z samego ich przeciwieństwa, syntezy, nowych narodzin. Kiedy Chrystus zostaje przybity do krzyża podczas ukrzyżowania, symbolicznie przedstawia to, że to właśnie poprzez doświadczenie bycia związanym i poważnie ograniczonym w kontinuum czasoprzestrzennym, samo staje się bramą, przez którą zostajemy wprowadzeni do transcendentnej części nas, która jest poza fizyczną, tj. naszej duchowej natury. Innymi słowy, to właśnie doświadczanie naszych skończonych ograniczeń do maksimum staje się bramą do nieskończonej części nas samych. Nic tak nie sprzyja rozwojowi świadomości, jak konfrontacja z przeciwieństwami w nas samych. Utrzymywanie napięcia przeciwieństw, które jest nieodłącznym elementem doświadczenia ukrzyżowania, niezmiennie uwalnia nas od utrzymywania i identyfikowania się z naszymi stałymi i cenionymi perspektywami. Pomagając nam przekroczyć pojęcie uprzywilejowanego i właściwego punktu widzenia, stajemy się aperspektywiczni w naszym spojrzeniu, ponieważ dostrzegamy względność wszystkich punktów widzenia – sposób widzenia, który pokrywa się z meta-perspektywą Jaźni.

Istotę chrześcijańskiej gnozy – Wcielenie Boga przez ludzkość – można najlepiej zrozumieć jako twórczą konfrontację ludzkości z przeciwieństwami i ich syntezę w Jaźni. Jaźń – którą Jung utożsamia z Chrystusem – jest obecna w każdym, ale zazwyczaj w stanie nieświadomym i niezrealizowanym. Kiedy jednak wycofamy nasze projekcje i fiksacje na zewnętrznej postaci historycznej lub metafizycznej, możemy uświadomić sobie, że Ja/Chrystus (lub jakkolwiek to nazwiemy) żyje w nas – słowami Junga „budzimy wtedy wewnątrz Chrystusa”

Ważne jest, aby nie dać się złapać lub nadmiernie reagować na język religijny; te same idee mogą być wyrażone psychologicznie. Zamiast używać terminu „Bóg”, możemy powiedzieć „nieświadomość zbiorowa”; zamiast „Chrystus”, możemy powiedzieć „jaźń”. Zamiast „Wcielenie”, możemy powiedzieć „integracja nieświadomości”; zamiast „zbawienie”, możemy powiedzieć „indywiduacja”. „Ukrzyżowanie” możemy przetłumaczyć jako „uświadomienie sobie naszej całości”. Tajemnica zakodowana w wydarzeniu Chrystusa ma się teraz odnaleźć i dopełnić w ludzkości i poprzez ludzkość, która staje się jej żywym nośnikiem. Wydarzenia z życia Chrystusa, widziane w sposób symboliczny, wchodzą w zakres doświadczenia psychologicznego poprzez rozwój procesu indywiduacji.

W tym samym zdumiewającym akapicie Jung kontynuuje: „Rachunek ery chrześcijańskiej jest nam przedstawiony: żyjemy w świecie podzielonym na dwie części od góry do dołu; jesteśmy skonfrontowani z bombą H i musimy stawić czoła naszym własnym cieniom…. Jeśli Bóg wciela się w człowieka empirycznego, człowiek staje przed boskim problemem. Będąc i pozostając człowiekiem, musi znaleźć odpowiedź. Jest to pytanie o przeciwieństwa, postawione w chwili, gdy Bóg został uznany za wyłącznie dobrego. Gdzie zatem jest jego ciemna strona?”.

Nasz rachunek – nasza karma – staje się wymagalna. Jeśli nie uznamy i nie zapłacimy naszej należności ciemności, jak powrót freudowskiego wyparcia, ona weźmie swoją należność na własnych warunkach, z zemstą. Znajdujemy się w punkcie naszej ewolucji, w którym jesteśmy skazani na pogodzenie się nie tylko z naszym osobistym cieniem, ale z ciemną stroną Boga, że tak powiem – czyli ze złem.

Możemy uciec od doświadczenia przeciwieństw, decydując się na identyfikację ze światłem i zaprzeczając ciemności, jak przypomina nam Jung, „do pewnego momentu”. Żyjemy w takim momencie historii, w którym nie możemy już dłużej odkładać na później zmierzenia się z naszą ciemniejszą stroną i pogodzenia się z nią.

Krzyż jest symbolem cierpiącego Boga, który odkupuje ludzkość. To cierpienie nie miałoby miejsca, gdyby nie ciemne siły, pozornie przeciwne Bogu. Oznacza to, że moce zła odgrywają kluczową, tajemniczą i istotną rolę w odkupieniu ludzkości. Jung kontynuuje: „Chrystus jest wzorem dla ludzkich odpowiedzi, a jego symbolem jest krzyż, zjednoczenie przeciwieństw. Taki będzie los człowieka, i to musi on zrozumieć, jeśli ma w ogóle przetrwać.”.

Cytując mnicha trapistę i autora Thomasa Mertona, „każdy człowiek jest Chrystusem na krzyżu, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie. Ale my, jeśli jesteśmy chrześcijanami [a w głębszym, symbolicznym sensie wszyscy jesteśmy „chrześcijanami”], musimy nauczyć się to sobie uświadamiać.” Uświadomienie sobie, że jesteśmy Chrystusem na Krzyżu, zmienia kontekst naszego cierpienia, przekształcając je z głęboko problematycznej sytuacji osobistej w bardziej uniwersalny proces, w który wszyscy zostaliśmy wciągnięci. Ważne jest, aby odróżnić nasze neurotyczne cierpienie – które jest wynikiem naszego nieświadomego kurczowego trzymania się i jest całkowicie bezproduktywne – od cierpienia, które jest „zesłane przez Boga” (jak powiedzieliby chrześcijańscy mistycy), aby oczyścić nas z naszych zaciemnień. Nasze neurotyczne cierpienie blokuje nas przed doświadczeniem boskości, podczas gdy cierpienie, które jest wynikiem naszego uczestnictwa w archetypowym procesie ukrzyżowania, poprzez połączenie nas z głębszą pasją, przez którą przeszedł Chrystus, jest drzwiami wprowadzającymi nas do czegoś poza nami samymi.

Rosyjski filozof Mikołaj Bierdiajew pisze: „Ale istniała tendencja do zapominania, że krzyż ma uniwersalne znaczenie i zastosowanie. Ukrzyżowanie czeka nie tylko pojedynczego człowieka, ale także społeczeństwo jako całość, państwo lub cywilizację.” Innymi słowy, nie tylko jednostki symbolicznie przechodzą przez doświadczenie ukrzyżowania, ale nasza globalna cywilizacja jako całość. Mikrokosmos (jednostka) i makrokosmos (zbiorowość), jak iteracje tego samego fraktala, są lustrzanymi odbiciami siebie nawzajem. Jaźń (lub jakkolwiek ją nazwiemy) wciela się przez nas – zarówno indywidualnie, jak i jako gatunek – i czyni to wszelką różnicę na świecie, niezależnie od tego, czy świadomie zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie.

Jeśli pozostaniemy nieświadomi, gdy uaktywni się w nas żywy proces archetypowy, ten wewnętrzny proces zamanifestuje się fizycznie w świecie zewnętrznym, gdzie, jak gdyby zrządzeniem losu, zostanie nieświadomie wymyślony i odegrany w „dosłowny”, konkretny i często destrukcyjny sposób. Zamiast na przykład przejść przez wewnętrzną śmierć symboliczną, zabijamy dosłownie siebie nawzajem, a w końcu także samych siebie. Jeśli jednak rozpoznamy, że jesteśmy przeznaczeni do odegrania roli w głębszym procesie kosmicznym, zamiast realizować go nieświadomie, a więc destrukcyjnie, jesteśmy w stanie świadomie i twórczo „wcielić” ten archetypowy proces jako indywiduację.

My, jako gatunek, cytując Junga, zostaliśmy „wciągnięci w cykl śmierci i odrodzenia bogów”. Innymi słowy, stając się częścią głębszego mitycznego, archetypowego i alchemicznego procesu transformacji, przechodzimy przez kosmiczne doświadczenie śmierci-odrodzenia wyższego rzędu. Jung opisuje, „jak boski proces przemiany przejawia się w naszym ludzkim rozumieniu i jak człowiek go doświadcza – jako karę, mękę, śmierć i przemianę.” Ten wspierany przez Boga proces jest subiektywnie doświadczany przez ludzkie ego jako tortura. Jeśli jednak nie personalizujemy tego doświadczenia, nie utożsamiamy się z nim lub nie utkniemy w jego koszmarnym aspekcie – co jest wielkim niebezpieczeństwem – ale pozwolimy, aby ten głębszy proces udoskonalił nas tak, jak tego potrzebuje, może on doprowadzić do przemiany naszej istoty.

Świadomie czy nie, wszyscy jesteśmy w stanie żałoby – świat, który znaliśmy umiera. Ponadto, nasze poczucie tego, kim myślimy, że jesteśmy – wyobrażenie, że istniejemy jako oddzielne ja, obce i odrębne od innych oddzielnych ja, jak również od reszty wszechświata – jest iluzją, której data ważności została już osiągnięta. Ta iluzja jest jak nieistniejący miraż, który, jeśli nie zostanie rozpoznany jako iluzoryczny, może zostać zreifikowany i tym samym stać się śmiertelnym mirażem. Albo nasza iluzja wygasa, albo my. Jak powiedziałby poeta Rumi, musimy „umrzeć, zanim umrzemy”.

Wyjście z iluzji myślenia, że istniejemy jako oddzielne ja, polega na rozpoznaniu – i narodzeniu się w – naszej większej tożsamości (czy nazwiemy ją Jaźnią, Chrystusem, Buddą, itd.), która obejmuje i ogarnia wszystko pod słońcem. Jaźń – to, kim naprawdę jesteśmy – jest jednocześnie źródłem i owocem samego życia, wzbogacając je ponad miarę. Połączenie się z Jaźnią jest nie tylko naszą jedyną nadzieją w tych mrocznych czasach, ale jest tym, co wszystko, co dzieje się w naszym świecie, potencjalnie pomaga nam uświadomić sobie. A jednak droga do wzniesienia się do światła Wyższej Jaźni (w terminologii chrześcijańskiej, do osiągnięcia Ciała Zmartwychwstałego) – jak wskazuje sam Chrystus poprzez swoje zejście do podziemi po śmierci na krzyżu – wiedzie poprzez podróż przez ciemność.

Cytując Junga, „Bóg naprawdę chce stać się człowiekiem, nawet jeśli go rozdziela … ponieważ pragnie być człowiekiem, zjednoczenie jego antynomii musi nastąpić w człowieku”. Gotując się razem w zupie, zostajemy zanurzeni i ochrzczeni w głębszym procesie kosmicznym. Odgrywamy kluczową rolę w boskim dramacie wcielenia, wglądzie, który nadaje sens naszemu cierpieniu i pomaga nam odkryć nasze miejsce w świecie, jak również pomaga nam odnaleźć samych siebie.


Opracował: Amon
www.strefa44.pl
0 Udostępnień

4 komentarze jak na razie.

  1. dowolnanazwa pisze:

    “Bóg naprawdę chce stać się człowiekiem”
    – raczej nie patrząc na „dodatki życia” nikt nie chce żyć w świecie przemocy cierpienia różnic bogaty/biedny ; więc cała koncepcja Junga jest do bani ; szkoda że Jung nie wyjaśnił co tak naprawdę pcha cywilizację do przodu – i nie chodzi mi o postęp w tradycyjnym tego wyjaśnieniu.

    • nerwowy ufoludek pisze:

      Bóg może chcieć stać się człowiek. Jesteśmy istotami duchowymi uwięzionymi w ciele by przeżyć/doznać życia we wszystkich jego cechach. Gdybyś kiedyś dostąpił zaszczytu spróbowania DMT lub +15g suchego grzyba i zobaczył byś tamten świat zrozumiał byś, że ten obecny świat to raj. Raj który ludzie zamieniają w piekło i udrękę. Chciwością i żądzą władzy. Oni nie pamiętają tego co było przed przyjściem na ten świat. Tak jak piszę. Podstawą do zrozumienia tego świata jest ujrzenie tamtego świata. Nie wytłumaczysz coś komuś kiedy ten nawet nie ma wiedzy jak coś sobie wyobrazić, coś co jest niewyobrażalne. Pozdrawiam wszystkich

  2. 8167 pisze:

    Dlaczego w takim razie Bóg prowadzi sam ze sobą dialog ?

  3. Grzegorz pisze:

    O jakiej książce Junga jest mowa w tym artykule?
    Pozdrawiam…

Zostaw komentarz


*

code


  • Facebook

Szukaj temat